2018-03-21

Święty spokój? Nie słyszałem...

  Tak jak się spodziewałem - to był jeden z najaktywniejszych tygodni ostatnimi czasy. W poniedziałek miałem występować w szkolnym przedstawieniu z okazji dnia kobiet. Powiedzmy, że nie były to występy najwyższych lotów, bo opierały się na odgrywaniu scen z kabaretów, które zobaczyliśmy na YouTube. Mimo to ludzie czasami się śmiali. Zwłaszcza kiedy jedna z aktorek zapomniała swojej roli.


  Po przedstawieniu pojechałem do domu. (NIE ŻEBY PO PRZEDSTAWIENIU BYŁY JAKIEŚ LEKCJE NA KTÓRE MIAŁEM IŚĆ.) Zdążyłem dzięki temu załatwić wiele ważnych spraw; na poczcie, w urzędzie gminy, oraz zaprosić Shane'a na herbatkę do mnie, a potem wpaść jeszcze na herbatkę do niego. Ogólnie ja i Shane jesteśmy takimi typowymi Grażynami, bo pijemy herbatę na potęgę gdy tylko nadarzy się okazja.


  We wtorek - tak jak było zapowiedziane - odbyła się próbna matura z matematyki. Wydaje mi się, że poszło mi znacznie lepiej niż na próbnej maturze w listopadzie. Ogólnie moje ambicje w dziedzinie matematyki ograniczają się do "36% z matury", więc lepiej nie bierzcie ze mnie przykładu. Serio.


  W środę odbyła się moja podróż życia. Pojechałem do Łodzi, odległej ode mnie o 200 km, żeby zmierzyć się twarzą w twarz z moimi przyszłymi studiami. Ogólnie podróż minęła bardzo szybko. Przejazd z Katowic do Łodzi zajął mi niecałe trzy godziny (podróż do Katowic jakieś dwie, ale udajmy, że tego nie ma.)

***
...:::W międzyczasie, wbrew temu co mówili moi rodzice:::...

- Nikt mnie nie zabił*

- Nikt mnie nie okradł*
- Nikt mnie nie zgwałcił*

(*Nasuwa się więc wniosek, że nie w niektórych przypadkach nie należy słuchać rodziców, ale nie wypada mi tego napisać, więc niech pozostanie to w domyśle.)


***

  Na pierwszy rzut oka Łódź wygląda spoko. To taki Kraków + Katowice, tylko spokojniejsze (wiem co mówię, byłem tam od 11:30 do 23:45 i nie widziałem żadnych korków, wypadków ani tłumów). Drogę do uczelni znalazłem dość szybko i pokonałem ją w jakieś 30 min. Potem czekając na godzinę konsultacji na uczelni zdążyłem zwiedzić galerię Łódzką. W sumie miasto mi się podoba, wszędzie jest blisko... O ile wie się gdzie iść.


  Kiedy nadszedł czas konsultacji strasznie się stresowałem. Wraz z innymi kandydatami weszliśmy do sali w której mieliśmy zadawać pytania, słuchać co mają nam do powiedzenia, opowiadać o swoich zainteresowaniach, pokazywać swoje prace, a oni mieli nam odpowiadać i instruować.

  Cóż... Nie powiem, że przebieg rozmowy mnie zadowolił. Panowie wykładowcy podchodzili do wszystkiego BARDZO poważnie. Widać, że nie przyjmują do tej szkoły byle kogo. Aczkolwiek potrafili też żartować, więc atmosfera ogólnie była luźna... Do czasu kiedy jeden z kandydatów trafił w jakiś wrażliwy punkt...


  Po trzydziestu minutach kłótni (która wniosła wiele ciekawych rzeczy do naszego życia) przyszedł czas i na mnie. Czego dowiedziałem się od wykładowców z działu montażu? Hmm...


  Tak, dokładnie te słowa usłyszałem, i one dźwięczały mi w uszach przez długi czas po wyjściu z uczelni. Ale skupiłem się głównie na nich, a to był błąd, i zapewne wynik emocji. W ogólnym rozrachunku ci mili panowie powiedzieli mi, że z moimi zdolnościami powinienem był iść na wydział "Animacji i Efektów Specjalnych". Stwierdzili też, że będę się marnował, bo na "montażu" będę tylko i wyłącznie obcinał filmy, i nie spotkam się z niczym bardziej zaawansowanym niż zamiana scen miejscami.

  Wykładowcy zapytali mnie wprost: dlaczego nie chcę iść na animację? Odpowiedź była prosta: taka animacja wymaga dużo pracy, zaangażowania i czasu, a ja jestem na to zbyt leniwy. Oczywiście nie powiedziałem im tego, tylko pokornie odpowiedziałem coś w stylu: "No właśnie po to tutaj jestem, żeby panowie pomogli mi określić - co ja właściwie chcę robić".

  I właściwie w przeciwieństwie do innych wypadłem całkiem nieźle:


  Ogólnie wróciłem z Łodzi z mieszanymi uczuciami. Oczywiście przeważało poczucie bezradności i bezsensu życia, ale dopiero po analizie "na trzeźwo" jestem w stanie stwierdzić, że wyszło mi to na dobre. Zamiast męczyć się z dostaniem na montaż zapiszę się po prostu na animację. Najbardziej boję się, że animacja i film animowany przejdzie z mojej strefy hobby i zainteresowań do strefy "pracy" i przestanie mi to sprawiać przyjemność, no ale cóż... Przynajmniej przeżyłem ciekawą przygodę i zaznałem nowych doświadczeń.


  Tak. Naprawdę musiałem wyskoczyć z jadącego pociągu, bo zatrzymał się na mojej stacji na jakieś 5 sekund... Cóż... Wmawiam sobie, że o wartości człowieka mówi ilość doświadczeń jakie przeżył. Może dostałem jakieś dodatkowe dwa punkty wartości...

  W czwartek, kiedy wróciłem z mojej podróży życia, a było to dokładnie o 6:00 postanowiłem zrobić sobie dzień wolny od szkoły. Napisałem szczere usprawiedliwienie do mojej wychowawczyni i poszedłem spać. Nawet nie wiecie jak bardzo może wykończyć dwudziestoczterogodzinna podróż. (Wróciłem do domu dokładnie tym samym autobusem, którym dzień wcześniej wyruszałem. Mina kierowcy była bezcenna)


  Po południu wpadł do mnie Moris. Mieliśmy razem upiec ciasto urodzinowe, i zanieść je w piątek do kościoła na oazę. Obydwoje mieliśmy urodziny w tym samym dniu, więc stwierdziliśmy, że w sumie będzie ciekawie jak przyniesiemy coś dobrego. I... W naszej opinii ciasto się udało, ale niektórzy chyba zjedli rozum Magdy Gessler, i nie znali się na prawdziwej sztuce kulinarnej... 


  Sobotę spędziłem równie ciekawie. Wraz z naszą oazową rodzinką udaliśmy się na wycieczkę do Słowacji na spotkanie integracyjne ze słowacką katolicką młodzieżą. Co w rzeczywistości wygląda tak, że co pół roku przyjeżdżamy my, jakaś parafia spod Cieszyna i za każdym razem inni Słowacy, co W OGÓLE nie ma sensu, bo zamiast się integrować musimy za każdym razem poznawać się od nowa... Ale w sumie nie narzekam, bo ogólnie było śmiesznie. Całość uświetniała Siostra Teresa. Nie wiem czy ktoś ją jeszcze pamięta, ale no, była taka...


  Tak, każdego dnia było coś do roboty, nawet nie wiecie jak się cieszę, że ten tydzień się wreszcie skończył. ALE NIE ZAPESZAM, bo im bliżej do matury tym może być tylko gorzej...

Pozdrawiam, życzę fajnego życia.
K.

2018-03-11

Przygotowanie na ciężki tydzień...

  Cześć i czołem, dzisiaj mam dla wszystkich dobrą radę. Jeśli myślicie, że wasze życie jest okropne, i że już gorzej być nie może, to przestańcie tak myśleć. Wtedy na bank okaże się, że może być DUŻO gorzej.

  Ostatni tydzień zapowiadał się całkiem spokojnie... Do czasu, gdy dowiedziałem się, że w środę po lekcjach mam próbną maturę ustną z języka polskiego. Niestety - nauczyciel NIE MIAŁ JAK mnie o tym poinformować, więc dowiedziałem się o tym zaledwie dzień wcześniej.


  Na szczęście moja pani od niemieckiego jest cudowna i powiedziała, że wyjątkowo pozwoli mi zdawać... To coś co mieliśmy zdawać w następnym terminie. Co do samej próbnej matury... Hmm... Nie było źle. Wydaje mi się, że na ostatecznej pójdzie mi lepiej.


  Środa i czwartek zleciały mi na... Przygotowaniach do dnia kobiet. Jako przewodniczący klasy muszę zajmować się takimi sprawami. Postanowiliśmy w tym roku dać dziewczynom jakiś śmieszny upominek, ale stwierdziłem, że prócz tego mogą dostać po ciastku. Zmarnowałem połowę zapasów mąki i masła jakie miałem w domu, ale myślę, że się spisałem.


  Upiekłem łącznie jakieś 60 ciastek dla koleżanek i nauczycielek. Nawet nie wiecie jaką frajdę sprawia starszym panią, gdy dostaną ciastko ze swoim imieniem. Pani Jadwiga niemal popłakała się ze wzruszenia, gdy dostała ciasteczko z różowym napisem "Jadzia". Warto było zarwać pół nocy. Aha... No i à propos dnia kobiet. Wraz z naszym szkolnym kółkiem teatralnym organizujemy dzień kobiet. Nie wiem jak to będzie, ale KOCHAM nasze kółko teatralne.


  Weekend zleciał mi dość pracowicie. Rodzice kupili dla dziadka jakieś mega wypasione łóżko na pilota, które ma milion funkcji podnoszenia, zmiany kształtu i takich różnych. W związku z tym stare łóżko wylądowało u mnie w pokoju. Trochę ciężko było je przenieść do pokoju 2x5 metrów, jeszcze ze skośnym sufitem, ale na szczęście pomógł nam wujek, brat taty.


  Ogólnie, to uwielbiam jak ojciec ma coś do mnie, a akurat jest u nas wujek. Wujek i tata to trochę takie Janusze, ale widać, że wujkowy januszyzm nie zaszedł tak daleko jak w przypadku mojego taty...


  Przy mojej rodzinie mogą schować się wszystkie memy z nosaczami... Opracowałem już taktykę: gdy chcę poprosić o coś ojca - czekam aż wpadnie wujek.

  W piątek znów wpadłem do Morisa i Berniego. Tym razem wzięliśmy na "celownik" zagraniczny rynek muzyczny, ale nie jesteśmy do końca zadowoleni z naszej gry. Dużo trudniej gra się we trzy osoby i w dodatku z widownią (czyt. oglądał nas tata chłopaków).


  Tym razem nagrywanie zajęło nam dużo, dużo więcej czasu. Znacie to uczucie, kiedy chce wam się śmiać tak po prostu, bez powodu? Powiem wam, że powinni wymyślić na to nazwę i stworzyć jakiś rodzaj terapii, bo potrafi to być naprawdę uciążliwe...


  W ten weekend udało mi się... PIERWSZY RAZ W TYM ROKU WYJŚĆ NA ROLKI! [Odgłos strzelającego konfetti.] Teraz jestem pewien, że idzie wiosna. Niestety wyczuwam też zbliżające się wydatki... Nowa półka do pokoju, nowe kółka do rolek, bilety na wyjazd do Łodzi... Właśnie... Nie dostałem żadnej odpowiedzi w sprawach konsultacji w Łódzkiej Filmówce, ale i tak tam jadę. Tak w myśl zasady "YOLO".

  Przyszły tydzień zapowiada się jeszcze gorzej, ale nie chcę narzekać, żeby nie skończyło się w wiadomy sposób.

Eloszka.
K.

2018-03-05

Ciężki powrót do rzeczywistości

  Ferie się skończyły, czas wrócić do szkoły. Hurra... Niech ktoś mnie trzyma, bo nie wytrzymam ze szczęścia.


  Co prawda staram się podchodzić do życia w sposób realistyczny i z góry założyłem, że powrót do szkoły nie będzie najprzyjemniejszy, ale ten tydzień był taką beczką płaczu i porażek, że jest mi szkoda samego siebie. Nie będę się rozczulał w jakiej kolejności co się stało, ale może wypiszę "od pauzy" co wpłynęło na to, że powrót do szkoły okazał się porażką większą niż by mógł.

  Zaczęło się już w poniedziałek. Z samego rana w mojej szkole odbył się przegląd artystyczny. Biorę w nim udział co roku, ale jakoś tak nigdy nie napalałem się na żadne wyróżnienie, raczej zgłaszałem jakieś prace, żeby "podbić statystyki". W tym roku postanowiłem zgłosić coś ekstra, mianowicie mój projekt filmu animowanego.


  Nie żebym był zazdrosny o to, że nie wygrałem, ani nie zostałem laureatem. No ale zastanawiam się na jakiej podstawie działa przegląd, w którym wyróżnia się osoby, które robią to co połowa społeczności (śpiewanie piosenek, rysowanie), a ignoruje się multitalenty (tworzenie filmów, gier)...

  Następnym czynnikiem płakotwórczym była MATURA NIESPODZIANKA Z POLSKIEGO. Tak, nasza nauczycielka postanowiła nam zrobić niezapowiedzianą próbną maturę. I wiecie co jest najgorsze? Od września w mojej szkole nie ma papierowych dzienników, wszystko załatwia się przez internet. Ale niektórzy nauczyciele bronią się przed technologią rękami i nogami...


  Dodatkowo zalazłem za skórę kilku osobom. W pierwszej kolejności tym, którzy nie zrozumieli gdy do nich pisałem:


  Niektórzy ludzie mają chyba zbyt słabo rozwinięte funkcje poznawczo - społeczne i nie rozumieją prostych komunikatów słownych.


  BŁĄD. Gdybym chciał każdemu odpisać "okej, dla Ciebie zrobię wyjątek i ogarnę Ci tą grafikę", to nie miałoby to żadnego sensu. Niestety akurat się zawziąłem i (ku mojemu zdziwieniu) zacząłem się faktycznie uczyć do tej matury. (Łał, czyżbym zaczynał stawać się asertywny?)

  Ostatnią porażką przez którą nie mogę spać po nocach są dwie rzeczy, które powiedziały mi dwie osoby. Ale te dwie osoby mówiąc mi te rzeczy nie powiedziały "tylko nie mów nikomu" i... Sami wiecie jak to jest, rozmawiasz z ludźmi jakby nigdy nic, a potem dostajesz ochrzan w stylu "miałeś nikomu nie mówić".

  Aha, i super urozmaiceniem tygodnia był numer jaki wyciął nam dziadek. Dziadek od jakichś trzech lat choruje na Alzheimera, i ostatnio jest z nim bardzo źle. No, ale takie życie, jakkolwiek źle to zabrzmi - trzeba się z tym pogodzić. W niedzielę wieczór wpadła do nas rodzina. W tym samym czasie dziadek "postanowił", że utnie sobie najgłębszą drzemkę w życiu. Nie dało się go obudzić, ani złapać z nim kontaktu, więc postanowiliśmy wezwać doktora...


  Ta... Wiem, że sytuacja ogólnie była tragiczna, ale mama i ciocia były przekomiczne. Zachowywały się jak takie grażyńskie znachorki, od razu zdiagnozowały co się dzieje, i niemal pokłóciły o to czyja diagnoza jest poprawna...

  A teraz może nieco bardziej pozytywne aspekty tego tygodnia:

  W naszej szkole ogólnie zaczęła się nagonka na osoby, które nie przebierają butów po przyjściu do szkoły. Postanowiłem znaleźć złoty środek na ten problem.


  Serio, chodzenie w kapciach po szkole to niezły protip. Nogi się nie pocą, nie męczysz się z wiązaniem i czujesz się tak... Domowo.

  W piątek wieczorem, żeby nie mieć zbyt mało atrakcji w tym tygodniu - wpadłem do znajomych, których będę nazywał Moris i Bernie. Poznaliśmy się w kościele na Oazie (hehe, najlepsze znajomości) i połączyła nas miłość do memów, jedzenia oraz muzyki. Obydwoje są mega uzdolnieni, a ich dom to istny muzyczny raj. Jeszcze nie widziałem tam pomieszczenia, w którym nie ma jakiegoś instrumentu. Jako że są jeszcze młodzi, a ja bardzo niedoświadczony muzycznie - postanowiliśmy jakoś wspólnie pomuzykować. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy, na razie idzie nam stosunkowo przyzwoicie.


  No i jeszcze z ciekawszych rzeczy - w tym tygodniu podano terminy konsultacji dla kandydatów w szkole filmowej w Łodzi. Wygląda na to, że 14 marca czeka mnie cały dzień poza domem... No cóż, jak powiedziała mi pewna mądra osoba - trzeba wychodzić poza swoją strefę komfortu, a jak śpiewa Shakira: "I wanna Try everything (...) even though I could fail". Ale boję się, że powoływanie się na Shakirę to oznaka, że już przegrzewa mi się mózg i CZAS KOŃCZYĆ TEN POST.