22 lutego 2016

LUTY 2016 #3 Znak życia ode mnie - przerwa na kryzys twórczy...

  Witam wszystkich, którzy wytrwale czekali na nowy post. Wasze oczekiwanie nie poszło na marne. Dzisiejszy post będzie nieco inny niż poprzednie. Dlaczego? Będzie w nim raczej mało zamierzonego humoru. A przynajmniej takiego, który wywoływałby u mnie pozytywne reakcje w danej chwili...

  Szata graficzna i regularność postowania mówią same za siebie. Ostatnimi czasy nie mam nawet chwili żeby przysiąść nad napisaniem czegoś, że już nie wspomnę o rysowaniu... A jeśli już znajdę wolną chwilę - zazwyczaj wtedy nie mam natchnienia.

  Co złożyło się na moje zabieganie? Ogólnie to coraz gorzej idzie mi w szkole. Nauka nigdy nie była moją mocną stroną, ale ostatnimi czasy jest to ostatnia rzecz na którą mam ochotę. Do tego dochodzą lekcje fortepianu, kursy prawa jazdy i różne sprawy osobiste. Wisienką na torcie są typowo "gimbusiarskie" problemy - rodzice mnie nie chcą, nikt mnie nie lubi, jestem do niczego, tylko wszystkim przeszkadzam i tak dalej...

  Chyba moje ambicje przerosły możliwości. Ale nie zmienia to faktu, że to tylko gorszy okres i pewnie za niedługo znów będę hulał jak dawniej. Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć Kochanowskiego, który twierdził, że pozytywną stroną przemijania jest fakt, że smutek też przemija. Ale boję się, że powoływanie się na Kochanowskiego oznacza po prostu, że zaczynam się stawać starym nudziarzem :P

  Poniżej załączam opis minionego tygodnia. To będzie chyba najbardziej "gimbusiarski" post w historii tego bloga, ale kiedyś taki musiał powstać. Liczę, że po jego przecztaniu ogarniecie mniej więcej jak się sprawy mają, i nie spalicie mnie na stosie za lenistwo ;o


15 LUTEGO - PONIEDZIAŁEK


  Zaczęło się źle. Obudziłem się dzisiaj o pół godziny za późno, przez co spóźniłem się na angielski, który mieliśmy z naszą wychowawczynią. Była stanowczo niezadowolona z mojego spóźnienia.



  Rodzice od dłuższego czasu czepiają się moich spóźnień, ale chyba nie są świadomi, że mieszkając 10 km od szkoły - 17 spóźnień to mało, biorąc pod uwagę, że niektórzy mieszkając 500 metrów od szkoły mają ponad 50 spóźnień...

  Kolejną lekcją była matematyka... Miałem dzisiaj poprawiać kartkówkę, ale poszło mi fatalnie. Cały poprzedni wieczór spędziłem nad działaniami, ale jednak stres wziął górę nad wiedzą.



  Później była jeszcze kartkówka z niemieckiego, którą niezbyt się przejąłęm. Niemiecki to przedmiot, który jest tak nieobecny w moim życiu, że nawet na lekcji mam z nim mało kontaktu...



  Zwieńczeniem tego okropnego dnia był wieczór, kiedy miałem odbyć moje pierwsze jazdy samochodem w terenie. Przyznam szczerze, że jazda samochodem idzie mi o wiele lepiej niż myślałem że mi pójdzie, ale i tak mogłoby być lepiej...




  Coś czuję, że moja przygoda z prawem jazdy będzie o wiele bardziej skomplikowana niż mi się wydaje. To będzie BARDZO ciekawe...


16 LUTEGO - WTOREK


  Ten dzień był kolejnym fatalnym dniem. Od jakiegoś czasu w naszej klasie panuje zamieszanie z powodu praktyk zawodowych. Każdy chce odbywać takowe jak najbliżej domu, ale jest to mało możliwe ze względu na ograniczoną ilość miejsc. Postanowiłem dzisiaj odwiedzić wszystkie miejsca praktyk w pobliżu i oczywiście wszędzie usłyszałem odpowiedź "zadzwonimy do pana"... A cała podróż skończyła się "miłym spacerem"




  Po przejściu prawie 5 kilometrów w zimnie i deszczu dotarłem do domu, gdzie czekało mnie "huczne" powitanie. Niestety nie tak huczne jakbym chciał, ale cóż...




  W tym momencie miałem tak zły nastrój, że zaraz po powrocie położyłem się spać z myślą, że im więcej śpię tym mniej żyję. Wiem, że to nieco przerażające, ale takie refleksje przychodziły mi wtedy do głowy.


17 LUTEGO - ŚRODA


  Obudziłem się i już wiedziałem że to będzie kolejny zły dzień. Praca klasowa z polskiego i sprawdzian z matematyki tylko wzmagały to przeczucie. Pomimo wielu niedogodności losowych - dzień minął bardzo spokojnie. Nawet był w nim jeden pozytywny aspekt...




  Powrót do domu o godzinę wcześniej niż zwykle był bardzo motywujący! Jednak kiedy tylko wróciłem miałem krótką chwilę dla siebie, bo resztę dnia spędziłem na robieniu plakatu na zamówienie i wykładach na prawo jazdy... Z każdym kolejnym wykładem/jazdą pogłębiam się w przekonaniu, że nie zdam...


18 LUTEGO - CZWARTEK


  Wczoraj do późna pracowałem nad plakatem, więc pobudka dzisiaj była dość ciężka. Z rana wziąłem prysznic, co nie było najlepszym pomysłem, bo od wczoraj łapała mnie jakaś chrypa, a dzisiaj chyba tylko pogorszyłem swój stan idąc do szkoły...




  W trakcie lekcji tak rozbolało mnie gardło, że postanowiłem pójść do domu. Właściwie wyszedłem tylko z religii, a wątpię czy nasz ksiądz w ogóle sprawdził obecność...

  Po powrocie do domu dość długo spałem. Nie mogłem z siebie wydobyć żadnego normalnego dźwięku. Najśmieszniejsze jest to, że czułem się dobrze. Jedyne co mi dolegało, to ból gardła i katar...

19 LUTEGO - PIĄTEK

  Dzisiaj zostałem w domu. Po wypiciu dość pokaźnej porcji tabletek większość dnia spędziłem w łóżku. Trochę czasu przeznaczyłem na rozwiązywanie próbnych testów na prawo jazdy, i faktycznie coraz bardziej zaczynam obawiać się o swoją karierę kierowcy...




  Późnym popołudniem musiałem przetransportować mój keyboard do koleżanki (to dość skomplikowana historia). Cieszyłbym się, gdyby choć raz coś poszło mi dobrze bez komplikacji...




  Jutro będę musiał pamiętać o ładowarce... Jeszcze jedna rzecz, która będzie spędzać mi sen z powiek, no, ale nikt nie powiedział, że życie będzie łatwe i przyjemne...


20 LUTEGO - SOBOTA


  Ten dzień zapowiadał się cieżki, ale przyjemny. O 9:00 byłem umówiony na jazdy z instruktorką po mieście, więc wszechobecny topniejący śnieg wcale nie poprawiał sytuacji... Ale przynajmniej było ciekawie...



  Zaraz po jazdach udałem się do pobliskiego kościoła... Byłem umówiony z Margaret i Mary... Ksiądz użędujący w tym kościele stwierdził, że skoro lubimy śpiewać (to długa historia...) to wynajmie dla nas nauczycielkę od śpiewu... Przyznam, że to było dość ciekawe doświadczenie...



  Z moim bolącym gardłem było to nie lada wyzwanie, ale jakoś przeżyłem. Powiem wam, że nauka śpiewu co coś świetnego! Pewnie Primadonną nigdy nie zostanę, ale przynajmniej nie będę wyróżniał się w negatywny sposób.


21 LUTEGO - NIEDZIELA

  Powiedzmy, że ta niedziela - z resztą jak prawie każda inna - nie była ambitna. Po uświadomieniu sobie ile mam do zrobienia na poniedziałek stwierdziłem, że chyba jeszcze posiedzę w domu z moim katarem i gardłem. O dziwo po wczorajszym śpiewaniu czułem się lepiej, ale lepiej zapobiegać niż leczyć...

  Wieczorem chciałem iść się umyć, ale zauważyłem, że mój przenośny głośnik jest zepsuty... Od dawna myję się przy muzyce, więc weszło mi to w nawyk, i teraz dziwnie się czuję myjąc się w ciszy. Postanowiłem coś z tym zrobić...



  To chyba podchodzi pod uzależnienie od muzyki, ale nic nie poradzę. Lepsze takie uzależnienie niż niejedno inne. Może przynajmniej dzięki głośnikom z pokoju siostry nie będzie słychać śpiewającego mnie...