2017-04-05

Na koniec świata... Ale nie dalej...

  [Tutaj powinno być długie i konstruktywne usprawiedliwienie mojej długiej przerwy w blogowaniu, niestety do głowy nie przychodzi mi nic innego niż LENISTWO, więc może zachowam resztki godności i pominę tę część.]


2 KWIETNIA - NIEDZIELA

  Przyszedł kwiecień, a wraz z kwietniem nadeszła wiosna, która w moim mniemaniu jest równoznaczna z jednym - długie wypady na rowerze! Co prawda zaczynam zaprawiać się w boju od mniej więcej miesiąca, ale jeszcze nie zdążyłem wyjechać na żadną dłuższą trasę... Poza ubiegłą niedzielą.

  Zaczęło się od tego, że poznałem pewnego gościa, przyjmijmy że nazywa się Shane. (Tutaj będzie bardzo zagmatwany opis.) Pewnego razu pojechałem na spotkanie do koleżanki z kolonii, a gdy poznałem jej brata, okazało się, że chodzimy do tej samej szkoły i już wcześniej mieliśmy ze sobą styczność.


  Zaczęliśmy nawet mówić sobie "cześć" w autobusie, chociaż widywaliśmy się tam prawie rok wcześniej... Zaczęło się od "cześć", skończyło się na tym, że zsynchronizowaliśmy plany lekcji, tak aby jak najczęściej wracać razem, zarwaliśmy kilka nocy oglądając filmy, nauczyliśmy się jeździć na łyżwach i usnuliśmy wielkie rowerowe plany. I tego dnia przyszedł czas, by wcielić je w życie. Wielka kumulacjo niepowodzeń - przybywaj!


  Około 14:00 umówiliśmy się pod domem Shane'a. (Nie minęło wiele czasu nim zorientował się, że czarne ubranie i wielki plecak były złym pomysłem.) Nie chce mi się tłumaczyć przebiegu naszej trasy, bo musiałbym przedstawić całą geografię powiatu Oświęcimskiego, więc opiszę ją w dużym skrócie. Zacznę od tego, że już nigdy nie zaufam Shane'owi w kwestii wyboru drogi.


  Po jakimś czasie odkryliśmy świetny system obierania trasy. Gdybym miał go nazwać, nazwałbym go "na pałę" (bo Shane tak mówił na jazdę prosto). Jak można się domyślić - polegał on na jechaniu prosto na każdym skrzyżowaniu. Na początku byłem sceptycznie do niego nastawiony, ale po mniej więcej godzinie jazdy okazało się, że można w ten sposób zajechać naprawdę daleko.


  Nawet nie wiecie jakie było nasze zdziwienie, kiedy znaleźliśmy największy park rozrywki w Polsce i to jadąc jedynie przez pola (a jakie wielkie było rozczarowanie, kiedy zapomnieliśmy zrobić sobie pod nim zdjęcia...). Objechaliśmy go dookoła i zaczęliśmy szukać drogi powrotnej. Powiedzmy, że tak na 40% orientowałem się w okolicy, więc nie było tak strasznie.



  W końcu jednak zacząłem rozpoznawać drogę. Mniej więcej wiedziałem jak dojechać do zapory na Wiśle, która była moim punktem orientacyjnym. Niestety - fakt, że jechałem tą drogą wcześniej zaledwie trzy razy, wcale nie ułatwił nam podróży...


  Najśmieszniejsze było, kiedy mijaliśmy przystanek autobusowy, będąc na najbardziej przypadkowym odludziu w okolicy. Na przystanku siedział kierowca autobusu, który akurat zrobił sobie przerwę. Ale najlepsze było to, że ów kierowca był sąsiadem Shane'a, i naszym wspólnym znajomym.


  W czasie długiej podróży wzdłuż Oświęcimia postanowiliśmy zrobić postój. Może słyszeliście kiedyś, że na Oświęcimskim rynku został wybudowany kibel za pół miliona złotych. Mimo, że nie było mi dane korzystać z niego osobiście, to z wielu opowieści słyszałem, że jest naprawdę wypasiony...


  Około 18:00 byliśmy w okolicach domu (czyt.; gdzieś, gdzie nasi rodzice byliby w stanie zlokalizować nas, bądź nasze zwłoki). Przy okazji zadzwoniliśmy do naszej kumpeli - Judy, bo akurat przejeżdżaliśmy blisko jej domu. Stwierdziła, że przejedzie się z nami kawałek.


  Judy miała niezłą polewkę z tego, że nie byliśmy w stanie kucnąć, przejść stabilnie kilku kroków, ani usiąść wygodnie na siodełku (tak, tyłek był tym, co bolało najbardziej...). W sumie najgorsze w tym wszystkim było to, że i Shane, i ja chcieliśmy pokozaczyć, żaden z nas nie chciał wyjść na słabeusza, więc jadąc dawaliśmy z siebie 150%. (No wiecie, jeszcze ucierpiałaby nasza męska duma...) Niestety dopiero po dłuższym czasie uświadomiliśmy sobie, jak wielki błąd popełniliśmy...


  Około 19:30 byliśmy już w domu. Jedyne o czym marzyliśmy, to wanna z gorącą wodą. Chociaż po krótkim namyśle stwierdziliśmy, że do szczęścia wystarczy nam coś do siedzenia, co nie wrzyna się w dupę jak [tutaj pierwotnie był bardzo ekspresyjny opis, jednak w trosce o dobro moralne czytelników został usunięty].

2016-12-31

Krótkie streszczenie roku 2016

  Rok 2016 z pewnością był dla mnie przełomowy. Żałuję, że miałem tak mało czasu na spisywanie tego co się działo. Liczę na to, że ten post będzie swego rodzaju podsumowaniem, do którego będę czasem sięgał, żeby szukać motywacji i inspiracji do dalszych działań! Pewnie i tak nie uda mi się spisać wszystkiego miesiąc w miesiąc, ale może uda mi się odtworzyć przynajmniej część wspomnień. Przygotujcie się na długi wpis.

❄❄❄

STYCZEŃ

  Początek tego roku nie był dobry. Skomplikowało się u mnie kilka spraw rodzinnych, i szczerze mówiąc były takie okresy, kiedy wyszukiwałem na YouTubie "smutne depresyjne piosenki", kładłem się na łóżku i potrafiłem tak leżeć przez kilka godzin... (Tak, ludzie mojego pokroju też mają problemy emocjonalne.)


  W styczniu zapisałem się na kurs prawa jazdy. Pamiętam te wszystkie godziny przejeżdżone z moją instruktorką. Czasami naprawdę traciłem nadzieję, że jest mi dana kariera kierowcy, ale początki lubią bywać ciężkie.


  Wraz z Margaret i Mary wzięliśmy udział w przeglądzie kolęd i pastorałek. Był to mój pierwszy publiczny występ, bardzo się stresowałem, ale z tego co wiem - wszystkim się podobało.


  Może jest to mało istotne, ale na początku roku zakochałem się w łyżwach. Niemalże co drugi dzień spędzałem na lodowisku. Trochę się boję, że wszystkie te pieniądze, które wydałem na wypożyczenie łyżew starczyłyby mi na własne łyżwy, ale co tam.


LUTY

  W lutym oficjalnie powstał nasz zespół parafialny. Może nie jesteśmy wybitnymi muzykami, ale zawsze mamy głowy pełne pomysłów na aranże, oraz WSPANIAŁĄ nauczycielkę śpiewu, dzięki której już nie wyję jak >mordowany< morświn.


MARZEC

  Marzec był pod pewnym względem wyjątkowy. Szesnastego marca skończyłem 18 lat. Moje znajomki zadbały o to, żebym nie zapomniał tego dnia, i do tej pory pamiętam rozśpiewaną trupę pod moim domem! 


  W Niedzielę Palmową w Jawiszowicach ukazała się gazetka parafialna z pierwszym komiksem o Ewangelii. Był to niejaki przełom, bo od tej pory komiksy w gazetce pojawiają się regularnie co tydzień. Zazwyczaj przedstawiają śmieszne sytuacje, które zachęcają do przeczytania całej Ewangelii.


KWIECIEŃ

  Kwiecień też był dość ambitnym miesiącem. W kwietniu odbyły się moje pierwsze praktyki zawodowe w pobliskiej drukarni. Nie ukrywam, że bardzo mi się spodobały, a praca grafika, jest stanowczo tym, co chcę robić w życiu.


  Mniej więcej w tym miesiącu stwierdziłem, że najwyższy czas zrzucić parę kilo. Zaczęło się od tak zwanej "głodówki zdrowotnej". Kiedy w cztery dni ubyło mnie 2 kilo stwierdziłem: "Ej, chudnięcie nie jest niemożliwe". Dziewięć miesięcy później - w grudniu - ważę około 35 kilo mniej. Nie pytajcie mnie jak, może kiedyś się rozpiszę na ten temat, ale myślę, że sam fakt jest wart zapamiętania.

*kiedyś również byłem patriotą, co objawiało się w obuwiu...

MAJ

  W maju zaczęła się ładna pogoda, a co za tym idzie - zaczął się sezon na rower. Kocham jazdę na rowerze i postanowiłem w tym roku lepiej poznać okolicę. Aktualnie nie ma miejsca w powiecie Oświęcimskim, w którym bym się zgubił, albo błądził dłużej niż 20 minut.



  Wraz z Margaret i Mary byliśmy na prymicjach znajomego księdza. Prymicje to takie wesele, tylko nie ma żony. Nie ukrywam, że nigdy wcześniej nie byłem na czymś takim, ale całkiem mnie to zaciekawiło i... Przekonało, że jednak nie chcę być księdzem ;)


  Może nie jest to powód do dumy, ale w tym miesiącu dwa razy oblałem egzamin na prawo jazdy. Za każdym razem dostawałem egzaminatorkę - kobietę. Myślałem, że to jakieś fatum, więc kiedy podchodziłem do egzaminu po raz trzeci, a moje nazwisko wywołała kobieta - straciłem wszelką nadzieję. Niesłusznie - okazało się, że trzecie podejście było najbardziej udane! 


CZERWIEC

  W czerwcu odebrałem moje prawo jazdy. Nawet nie wyobrażacie sobie jak cudownie jest przerzucić się z autobusów na samochód. Wszędzie można dotrzeć, nie marnuje się czasu na czekanie, nerwów na bieganie po przystankach i pamięci na dziesięć rozkładów jazdy.


  Przy okazji wciągnąłem Margaret i Mary w pewien muzyczny projekt, a mianowicie nagrywanie hymnu Światowych Dni Młodzieży w języku Suahili. Po ogromnej liczbie godzin spędzonych na nagrywaniu, śpiewaniu i hasaniu po polach w końcu otrzymaliśmy całkiem satysfakcjonujące efekty w postaci piosenki i teledysku:


LIPIEC

  Lipiec będzie kojarzył mi się głównie ze Światowymi Dniami Młodzieży. Pomimo, że minęło już wiele czasu, dalej czuję zażenowanie, żal i żałość, kiedy przypomnę sobie o tym wielkim survivalu. Do tej pory mam odruch wymiotny, kiedy widzę to czerwono-niebiesko-żółte logo. Jak już kiedyś pisałem [KLIK] ŚDM to super impreza, ale w bogatych państwach...


  W połowie miesiąca kupiłem swoje pierwsze rolki. Na początku jazda na rolkach szła mi okropnie, do tej pory mam bliznę po moim pierwszym hamowaniu... Coś czuję, że chyba zostanie ze mną na zawsze, ale tak bardzo zakochałem się w rolkach, że dzisiaj jeżdżę przy każdej możliwej okazji, testuję nowe miejsca i planuję zakup nowych kółek (w pięć miesięcy moje rolki postarzały się o pięć lat, chyba zbyt intensywnie je eksploatowałem).


  Jako super zgrany katolicki zespół - wraz z Mary i Margaret pojechaliśmy na wakacje do Bukowiny Tatrzańskiej. Powiedzmy, że był to swego rodzaju survival, ale nie na takim poziomie jak ŚDM. Raczej przysposobienie do samodzielnego życia.


SIERPIEŃ

  Ostatnie chwile wakacji przywołują mi na myśl wspaniały wyjazd do Harendy [KLIK]. Pomimo, że wróciłem stamtąd jako umierający psychicznie kłębek nerwów, to wyjazd wspominam bardzo dobrze. Głównie ze względu na ludzi jakich poznałem. 


WRZESIEŃ

  Może nie jest to ambitne wspomnienie, ale kiedy tylko nadeszła jesień - pojechaliśmy do babci na wykopki (to już taka nasza nieoficjalna rodzinna tradycja). Jak co roku było dużo śmiechu. Tym razem jednak babcia zainwestowała w wynajem kombajnu, więc nie musieliśmy biegać po całym polu z workami na ziemniaki.


  Jeśli się nie mylę - we wrześniu wystawiliśmy pierwsze przedstawienie w ramach programu "Profilaktyka a Ty". To dość skomplikowana historia, w każdym razie wiąże się z wieloma nowo poznanymi, wspaniałymi ludźmi, dzięki którym mam w końcu jakichś sensownych znajomych w szkole. Aha, i kiedy mieliśmy próby na nasze przedstawienie - moja wspaniała klasa pod moją nieobecność okrzyknęła mnie skarbnikiem klasowym... Chyba jeszcze nie byli świadomi jaki błąd popełnili...


PAŹDZIERNIK

  Niewiele pamiętam z tego miesiąca (a przecież to tak niedawno...). Na pewno w międzyczasie odbyło się kilka (a może nawet więcej) osiemnastek. I powiem wam coś - jeśli chcecie się dobrze bawić na osiemnastkach, to nie spieszcie się ze zdawaniem prawa jazdy.


  Jednym z ciekawszych październikowych wydarzeń było Halloween. Odkąd sięgam pamięcią - zawsze uwielbiałem Halloweenowe wypady na maratony horrorów. W tym roku pojechaliśmy ze znajomymi na noc horrorów do Oświęcimia. Jednym z filmów był "Kiedy gasną światła". Fabuła opierała się na tym, że gdy gasło światło pojawiał się duch jakiejś dziewczyny. Nawet nie wiecie jak bardzo wpłynął na moją psychikę...


LISTOPAD

  Może listopad nie był jakoś szczególnie rozmaitym miesiącem, ale jednak dość ważnym. W listopadzie napisała do mnie reporterka "Dzień Dobry TVN" z pytaniem, czy zechcielibyśmy opowiedzieć coś o naszych komiksach w gazetce parafialnej. Nawet nie wiecie jaki to był stres!


  W międzyczasie udało mi się załapać na całkiem fajną fuchę. Znajoma dla której kiedyś robiłem plakaty i inne grafiki podrzuciła mój e-mail kumplowi, który pracuje dla pewnej wytwórni, która akurat poszukiwała grafika (tak, to dość skomplikowane). W każdym razie skończyło się na tym, że ich szef zobaczył moje prace i zostałem poproszony o zaprojektowanie okładki płyty. Nie było to łatwe, ale w końcu się udało, i mam nadzieję, że coś wyniknie z tej współpracy!


GRUDZIEŃ

  W grudniu organizowaliśmy mikołajki dla domu dziecka. Dzieciaki pisały listy do Świętego Mikołaja, i poszczególne klasy wybierały co chcą kupić któremu dziecku. Nasza klasa wybrała odkurzacz dla dwudziestoletniego Karola, który - jak pisał - chce dostać odkurzacz, by się usamodzielnić. Skończyło się na tym, że tylko 6 osób dało mi pieniądze. Nawet nie pytajcie jak kupiłem odkurzacz za sześć dych...


  W połowie grudnia w końcu dogadaliśmy się z reporterką TVN, która wpadła do nas z ekipą, żeby nakręcić ten wiekopomny reportaż o komiksach w gazetce parafialnej. Spędziliśmy około 6 - 8 godzin na kręcenie materiału... Ale muszę przyznać, że jak na pierwszy reportaż - wyszedł nam całkiem nieźle!


  To jeszcze nie koniec przygód z chrześcijańskimi komiksami. Kilka dni po ukazaniu się reportażu napisał do nas dziennikarz z Gazety Krakowskiej. Zainteresowanie naszymi komiksami nie skończyło się na telewizji, udzieliliśmy krótkiego wywiadu, który możecie przeczytać klikając w obrazek poniżej ;)

 Tworzą komiksy o Chrystusie

 Na sam koniec roku, dokładnie we Święta dopadła mnie grypa. Akurat kiedy mieliśmy grać na świątecznych mszach. Po całym pięknym, szczęśliwym roku musiała przyjść zimowa kumulacja porażki, ale cóż... Przynajmniej zyskałem trochę czasu dla siebie.


❄❄❄

  Chyba skończyły mi się wspomnienia i osiągnięcia na ten rok. Od zawsze uważałem "6" za moją szczęśliwą liczbę, ale w zestawieniu z "201..." jak widać działa jeszcze lepiej. W skali od 1 do 10 oceniam ten rok na 9. Liczę na to, że 2017 będzie jeszcze bardziej produktywny, ale jednocześnie na to, że będę miał trochę więcej czasu dla siebie (nie wiem czy jest to możliwe, ale pomarzyć zawsze można). Najbardziej zadowolony jestem w sumie z trzech rzeczy:

  Z mojej "kariery grafika", zarówno od strony komiksów o Jezusie, projektanta okładek płyt, oraz (może nieco mniej) aktora w polsko-afrykańskich teledyskach. (Pomijam fakt kariery fotografa na większości imprez, bo to chyba nieistotne.) Mam nadzieję, że całe moje "doświadczenie zawodowe" przełoży się na powodzenie w poszukiwaniu pracy w przyszłości.

  Z utraty prawie 30% wagi. Do tej pory nie wiem jak ja to zrobiłem. Podobno utrata 25% wagi jest pierwszym z widocznych objawów anoreksji, ale szczerze mówiąc w moim przypadku miłość do pizzy i kebaba jest większa niż jakaś tam choroba...

  Z nowych znajomości które zawarłem na kolonii i w szkole. Poznałem może ze trzydzieści nowych ludzi, z czego z przynajmniej dziesięcioma mam bardzo dobry kontakt. I mam nadzieję, że wraz z nadejściem nowego roku nie nadejdzie do nas fala amnezji i będziemy się w miarę regularnie widywać.

  Co do postanowień noworocznych - nie mam jakichś szczególnych zamiarów, chciałbym tylko kontynuować szczęśliwą passę z ubiegłego roku. No, i może nie spoufalać się tak z ludźmi, bo dostosowywanie się do środowiska, to fajny sposób na życie, ale nie na dłuższą metę. Lepiej znaleźć środowisko dostosowane do siebie.

  Może koniec tego chwalenia się. Na koniec chciałbym wam tylko życzyć szcześliwego nowego roku. Obyście byli z niego zadowoleni tak jak ja z 2016, albo nawet jeszcze bardziej! Grunt, żeby tylko następny rok nie był gorszy ;) Pamiętajcie, żeby wszystkim się cieszyć, nie brać do siebie porażek (ale uczyć się z nich), śmiać się z każdej niefortunnej sytuacji i podchodzić do życia z dystansem. No i czasami płakać, ale tylko w razie konieczności. Idę świętować sylwestra, jeszcze raz - szczęśliwego nowego roku!

2016-10-22

Krótka historia o tym dlaczego nie wolno ścinać zakrętów.

  Wiecie co? Jeśli wybieracie się na wycieczkę autem w jakąś dalszą trasę, to KONIECZNIE sprawdźcie prognozę pogody. Wiem, że jeśli jest się dobrym kierowcą, to da się jeździć w każdych warunkach, ale ku przestrodze - poznajcie opowieść o tym jak zakończyła się moja podróż na katolicki Wieczór Uwielbienia.

  Jakoś w styczniu tego roku, wraz z dwiema koleżankami - Margaret i Mary - postanowiliśmy wziąć udział w Przeglądzie Kolęd i Pastorałek w pobliskim kościele. Udało nam się, daliśmy całkiem niezły pokaz naszych umiejętności (chyba nie możemy powiedzieć, że daliśmy czadu, bo to za dużo). Wiele osób jeszcze długo wspominało nasz występ. Od tamtego czasu zaczęliśmy się regularnie spotykać i ćwiczyć nasze granie. Proboszcz dogadał się ze znajomą, która ma zespół muzyczny, i postanowiła "wziąć nas pod swoje skrzydła".

  Minęło prawie dziewięć miesięcy. Obecnie w naszym zespole jest 5 osób: Mary, która nami dowodzi, Margaret - gitarzystka, Wera ze swoim altem i Ellie, której cudownie wychodzą drugie głosy. No i oczywiście ja za klawiaturą keyboardu z Lidla. Ale dzisiaj nie o tym. Jakiś czas temu pojawił się pomysł, abyśmy pojechali do Katowic posłuchać naszej nauczycielki "w akcji". Jako zespół stwierdziliśmy, że to doskonała okazja do integracji i ciekawa alternatywa na piątkowy wieczór. Wycieczka zapowiadała się znakomicie!


  No i faktycznie - wszystko szło jak po maśle! Wyjechaliśmy około 16:30 - tak jak planowaliśmy. Nikt się nie ociągał, więc nie mieliśmy żadnych opóźnień. Jako, że jestem kierowcą amatorem - ustawiłem GPS tak, żeby omijał wszelkie autostrady, ekspresówki i inne tego typu drogi, z którymi nie mam styczności na co dzień. Jechaliśmy sobie spokojnie wsiami, lasami... Ogólnie mówiąc - największymi dziurami. Kilka pendrive'ów z muzyką było dobrym pomysłem. Droga była czystą przyjemnością!


  Udało nam się spokojnie i bez żadnych niespodzianek dotrzeć do Katowic. Niestety - przed nami było jeszcze pół miasta do przejechania. Mój GPS chyba nie zrozumiał, że ma omijać WSZYSTKIE autostrady, bo w pewnym momencie wylądowaliśmy na całkiem pokaźnej dwupasmówce. To było okropne. Jechałem po takiej drodze trzeci raz w życiu i naprawdę nie miałem pojęcia dlaczego ludzie cały czas migali na mnie światłami.


  Następnym razem będę omijał dwupasmówki szerokim łukiem, choćbym musiał jechać przez Gdańsk. Może gdyby chociaż moje auto wyciągało więcej niż dziewięćdziesiąt na godzinę, to jechało by się łatwiej. Szczęście w nieszczęściu, to przynajmniej fakt, że się nie zgubiliśmy. Po szaleńczym rajdzie drogą dwupasmową udało nam się dotrzeć na miejsce. I - o dziwo - nie było żadnych problemów z parkowaniem. Trochę się bałem, że szukanie miejsca zajmie nam bite trzydzieści minut, ale zatrzymaliśmy się od razu, bezpośrednio pod kościołem.


  Weszliśmy do kościoła i zajęliśmy miejsce w ławkach. "Wieczór uwielbienia" miał odbyć się zaraz po mszy, więc przez trzydzieści minut nerwowo się rozglądaliśmy za naszą panią od muzyki. Kościół był ogromny, więc było w nim dość zimno. Wtedy naprawdę żałowałem, że nie wziąłem rękawiczek. Powinienem chyba w jakieś zainwestować. Robiło się coraz zimniej, czas upływał, msza zbliżała się ku końcowi, a naszej nauczycielki nigdzie nie było ani widać, ani słychać.


  Na szczęście nie było tak źle. Nasza pani przyszła wraz z zespołem zaraz po zakończeniu mszy. Od razu zaczęli swoje muzykowanie. Podziwiam kobietę, która grała na klawiszach. Ja po dwudziestu minutach w tym kościele nie mogłem ruszać palcami, a ona naparzała w klawiaturę przez dobre czterdzieści minut. Przez cały ten czas ludzie na zmianę śpiewali i czytali różne rozważania - jak to na adoracjach zwykle bywa. Przy okazji - odbyło się tam indywidualne błogosławieństwo najświętszym sakramentem. Pewnie większość z was nawet nie wie co to, ale w każdym razie było fajnie.

  Kiedy wszystko się zakończyło - odśpiewaliśmy Apel i zaczęliśmy się zwijać. Oczywiście ociągaliśmy się, żeby niby przypadkiem zahaczyć o naszą panią. Udało nam się zamienić kilka zdań. I chyba nawet ucieszyła się, że nas widzi.


  W ogólnym rozrachunku bardzo nam się podobało. Proboszcz wysłał nas tam, żebyśmy zobaczyli jak wyglądają takie "Wieczory Uwielbienia", bo planuje wprowadzić coś takiego w naszej parafii. Po naszej ekspedycji możemy śmiało stwierdzić, że jest to jak najlepszy pomysł! Zwłaszcza dlatego, że nie będziemy musieli jechać czterdziestu pięciu kilometrów, żeby uczestniczyć w czymś takim. No właśnie. Została jeszcze droga powrotna. I tutaj zaczyna się najlepsza część tej historii...

  Zaplanowaliśmy, że po wszystkim skoczymy do jakiegoś Maka, albo na pizzę. Stwierdziliśmy jednak, że nie ma co szwędać się po Katowicach i że zjemy coś bliżej domu. Jednak powrót okazał się istnym koszmarem! Przyznam szczerze, że chyba nigdy nie naprzeklinałem się tak, jak tego wieczoru...


  Pomijając fakt, że GPS był nieudolny i informował o zakrętach za późno - pogoda była fatalna. Nie dość, że na początku padało, droga była śliska, to do tego zaczęła się robić mgła. Na tej całej autostradzie było jeszcze spoko - wszystko było tak oświetlone, że dało się jechać. Do tego było widać inne samochody, więc przez chwile było spoko. Gorzej było kiedy już wyjechaliśmy z Katowic. Na wsiach - pośród pól mgła była JESZCZE gorsza. W pewnym momencie musieliśmy jechać nie więcej niż trzydzieści na godzinę, bo po prostu NIE DAŁO SIĘ szybciej...


  BARDZO powoli dotoczyliśmy się do "naszych" terenów. Czasami nawet mgła opadała i moglismy jechać aż PIĘĆDZIESIĄT na godzinę! Niestety, w którymś momencie widoczność pogorszyła się ostatecznie. GPS kazał nam skręcić, ale nie widzieliśmy żadnego zakrętu. Przejechaliśmy obok niego i dostrzegliśmy, że jednak coś tam jest. Zawróciliśmy więc i próbowaliśmy trafić w uliczkę. Niestety - ze średnią skutecznością.


  Możecie mnie mieć za niedojdę, ofiarę losu czy ofermę, ale wierzcie mi - mówi się, że "mgła jest gęsta jak mleko". Nasza mgła była gęsta conajmniej jak skondensowane mleko w tubce. Musieliśmy wyjść z auta, i odczekać chwilę zanim zobaczyliśmy co się w ogóle stało. Na szczęście - rów w który wpadliśmy nie był zbyt głęboki. Poprosiłem Margaret, żeby usiadła za kółkiem i dała trochę gazu (jako jedyna potrafiła to zrobić, a była zbyt drobna, żeby pchać auto). Po jakimś czasie udało nam się wytaszczyć tego punciaka z dziury. Przypadkowi ludzie proponowali nam hol, ale na szczęście obeszło się bez tego. Nawet nie wiecie jakie to były emocje...


  W każdym razie - udało nam sie dojechać do domu bez kolejnych niespodzianek. Po drodze wstąpiliśmy na pizzę i poczekaliśmy aż opadną emocje. Chcieliśmy złożyć uroczystą przysięgę, że nigdy nikomu o tym nie powiemy, ale stwierdziliśmy, że to zbyt dobra historia, więc przez najbliższy miesiąc nie powiemy że przydażyło się to NAM, a później będziemy opowiadać o tym ze śmiechem.

  Mam nadzieję, że dziewczyny nie będą miały urazu do jeżdżenia ze mną, bo ogółem wycieczka nam się udała. Tylko że następnym razem, zanim wybierzemy się w kolejną trasę, to DOKŁADNIE sprawdzimy prognozę pogody!

2016-08-13

Harenda 2016 - Rekolekcje wakacyjne

  Rok szkolny trwa w najlepsze, ale stwierdziłem, że muszę napisać ten post. Wiem, że jeśli nie zrobię tego teraz, to prawdopodobnie nie zrobię tego już nigdy... (Niezliczona ilość postów przepadła właśnie w ten sposób). Pewnie słowo "rekolekcje" w tytule składnia was do myślenia, że będę tutaj opisywał moje relacje z Bogiem, msze, modlitwy i głębokie refleksje dotyczące istnienia wszechświata. Ale nie martwcie się, nie miałem czasu na wszystkie wyżej wymienione czynności.

  Zaczęło się od tego, że znajomy ksiądz napisał do mnie pytając, czy nie chcę pojechać z jego grupą na rekolekcje, żeby sporządzić wideorelację. Stwierdziłem: spoko! Lubię robić takie rzeczy, a przyda mi się każde doświadczenie zawodowe w branży grafik/filmowiec. Dowiedziałem się, że jedzie tam kilka osób, które już znałem z różnych kościelnych wydarzeń, więc co mi szkodzi?

  Po wielu dniach pakowania i przygotowywania (bo oczywiście nie pakowałem się na ostatnią chwilę) przyszedł dzień wyjazdu. Ucieszyło mnie, że zobaczyłem wielu znajomych ludzi, i że w ogólnym rozrachunku nie jadę totalnie sam. Jednak nie przewidziałem tego, że dopisywanie się na ostatnią chwilę może skończyć się nienajlepiej...


  No cóż, wszyscy mieli już przypisane pokoje, więc mnie trafił się jedyny, w którym było jeszcze wolne miejsce. Pokój z czternastolatkami nie do końca mnie satysfakcjonował, jednak cały czas byłem dobrej myśli. Moje pozytywne myślenie miało koniec w miejscu, w którym chłopcy zaczęli szczegółowo wypowiadać się na temat poszczególnych filmików Seksmasterki i sposobów w jakie chcieliby ją "rozdziewiczyć". Nie jestem pewien czy oni w ogóle wiedzą co to znaczy, ale wydaje mi się, że już za późno...

  Dobrą stroną tego wszystkiego - jak już wspomniałem - były osoby, które znałem już wcześniej. Przynajmniej miałem się do kogo odezwać. Między nimi była dziewczyna - przyjmijmy że nazywała się Kathryn - z którą bardzo dobrze nam się muzykowało. Czasami przychodziliśmy do swoich pokojów i śpiewaliśmy piosenki Sylwii Grzeszczak, kiedy ja montowałem filmy.


  Na początku całego wyjazdu zostaliśmy podzieleni na grupy i zostaliśmy przypisani do poszczególnych opiekunów. Ja miałem to szczęście, że znalazłem sięw grupie z Kathryn. Trafiła mi się świetna grupa z którą szybko zacząłem się dogadywać. Okazało się, że trzy osoby idą do tej samej szkoły co ja, więc już mieliśy jakiś punkt odniesienia do rozmowy.


  Co jakiś czas mieliśmy spotkania w grupach na które dostawaliśmy kartki z tematami do rozmów, ale i tak prawie zawsze kończyło się to na naszych bardziej prywatnych pogadankach. Można było lepiej się poznać. Może było to takie trochę sztuczne, ale przynajmniej wiedziałem z kim mam do czynienia. Relacje w naszej grupie były bardzo dobre, w pewnym momencie niemalże rodzinne.


  Prawie codziennie mieliśmy jakieś wypady, lub dłuższe wyjścia. Kilka razy byliśmy w górach pospacerować po jakichś prostych szlakach (w końcu większość ludzi tam była w podstawówce/gimnazjum). Usłyszałem wtedy wiele razy historię o tym, jak w zeszłym roku Kathryn wybrała się na spacer do gór w kozakach. Tym razem nie popełniła tego samego błędu, ale nie wiem czy wyszło jej to na lepsze czy na gorsze...


  Bardzo dziwne w tym wszystkim było to, że SPODOBAŁO mi się chodzenie po górach. Całe życie miałem jakieś astmatyczno-alergiczne problemy, przez które wchodzenie na małą górkę było nie lada wyczynem, ale tutaj jakoś dawałem radę! Tak jakby - udało mi się przełamać jedną ze swoich słabości, i chyba w czasie tego wyjazdu byłem z tego najbardziej dumny.

  A'propos przełamywania słabości - moim kolejnym awersem życiowym było jedzenie. Chyba nigdy nie pisałem tutaj o moich zaburzeniach odżywiania, ale przez całe życie miałem problemy z jedzeniem normalnego żarcia. Mniej więcej chodzi o to, że jadłem może trzy - cztery rzeczy na krzyż, bo cokolwiek innego wziąłem do ust - natychmiast miałem odruchy wymiotne. (Do tej pory pamiętam wymiotowanie ziemniakami na kolonii w 2014.) No i od jakiegoś czasu starałem się powoli coraz bardziej wzbogacać mój jadłospis. I kiedy pewnego dnia jedliśmy sobie obiad (a może kolację?) zauważyłem że jeden z chłopaków przy naszym stoliku dosłownie NIC nie je. Porozmawiałem z nim, i doszliśmy do wniosku, że on ma to samo co ja jakiś czas temu. Jako że byłem od niego cztery lat starszy - czułem jakiś moralny obowiązek wspierania go.


  Nie mogę zapomnieć! Jest jeszcze jedna rzecz, która diametralnie się zmieniła w czasie tego wyjazdu. Otóż - jak sięgam pamięcią - zawsze byłem paskudny, gruby i bałem się wyjść na basen, nad rzekę, i ogólnie wszędzie, gdzie ludzie musieliby patrzeć na mnie w samych kąpielówkach. Ostatni raz na basenie byłem w styczniu 2014 (tak, to było postanowienie noworoczne). I co prawda od tego czasu udało mi się doprowadzić do stanu w którym jestem paskudny, ale już tylko trochę gruby, co nie zmienia faktu, że lekki cykor przed basenami mi został. Do czasu, kiedy na kolonii musieliśmy iść do Aquaparku. Nie mogłem zgłosić żadnej niedyspozycji ani nic (tak jak to zrobiła większość dziewczyn). Na szczęście poznałem (przyjmijmy że) Danny'ego, który miał podobne pojęcie rozrywki do mojego (to wcale nie tak, że w aquaparku nie miałem okularów i jego jaskrawopomarańczowe kąpielówki były jedyną rzeczą jaką widziałem). I tak mniej więcej Kuba pokonał kompleks swojej grubości.


  Pośród przezwyciężania lęków znalazła się jeszcze jedna ku temu okazja. Mowa tu o moim lęku wysokości. Gdzie nadarzy się lepsza okazja do przezwyciężenia go, jeśli nie w górach? Któregoś dnia udaliśmy się na wyciąg, bo wszyscy byli zmęczeni po kilku dniach łażenia po górach. Ale chyba już wykorzystałem swój limit pokonanych słabości na te wakacje, bo jazda wyciągiem - pomimo pięknych widoków - była dla mnie bardzo stresująca.


  Z ciekawszych wydarzeń na kolonii były "Pogodne wieczorki" (czy jak to się tam nazywało...) Polegały one na tym, że wszyscy spotykaliśmy się w takiej szopce obok naszego pensjonatu i "integrowaliśmy" się. Pewnie wszyscy wiecie jak wygląda integracja na koloniach, więc nie będę tłumaczył co tam się działo. Ale muszę przyznać, że momentami było naprawdę śmiesznie. Jedną z ciekawszych zabaw były "Zamki i księżniczki". (Głupia zabawa implikująca płeć z określoną rolą, Kuba dżenderysta tiggered.)


  No cóż, jak widzicie - działo się bardzo dużo, cały czas w akcji. Niby fajnie, ale co za tym idzie - było dużo do nagrywania i montowania. A pokój z czterema czternastoletnimi chłopcami wcale nie był idealnym miejscem do pracy. Pominąwszy fakt, że ciągle chcieli pożyczać mojego laptopa (i tak go pożyczali, zwłaszcza kiedy nie było mnie w pokoju) to cały czas coś ode mnie chcieli.

  Najlepsze było, jak poszliśmy na zakupy. Oni kupili sobie po kilka paczek chipsów, a ja zrobiłem zakupy jak na tygodniowy survival. No i już następnego dnia zostałem pozbawiony większości moich zapasów, bo młodzi zrobili się normalnie głodni, ale nie pomyśleli o zapasach... Zjedli mi całe wapno, żelki i wypili połowę soków... W pewnym momencie przechodziłem przez nich załamanie nerwowe, ale na szczęście szybko mi przeszło.


  Na szczęście prócz rozbrykanej dzieciarni były tam również rozgarnięte osoby. Mam na myśli Vivian (bo załóżmy że tak się nazywała). Znałem ją od BARDZO dawna, bo od kwietnia 2013 roku. Była ona uczennicą w szkole Borsuka (Możecie przeczytać o tym TUTAJ) i kiedyś spotkałem ją na jednym z naszych kościelnych spotkań, ona skojarzyła, że już się znamy i czasami zamienialiśmy ze sobą kilka zdań. No i kiedy pojechaliśmy na tę kolonię, to jakoś tak pogłębiliśmy swoją znajomość. Do tego stopnia, że już układamy sobie wspólne życie.


  Szkopół w tym, że prawdopodobnie nigdy nie pojadę do Paryża, bo jestem zbyt biedny, więc tym bardziej nie stać mnie na wyjazd dla dwóch osób, ale pomarzyć zawsze można. W każdym razie - Vivian była kolejną osobą dzięki której nie czułem się jak outsider na tej kolonii. Jako jej "BFF od prawie czterech lat" czułem się zobowiązany bronić jej przed niestosownymi odzywkami chłopców z mojego pokoju, którzy - jak mówili - potraktowaliby ją jako swoją prywatną Seksmasterkę... (Tak naprawdę mówili inne rzeczy, ale nie zamierzam przytaczać tutaj tak wielu niestosownych słów na literę "P", "J" i "D"). Najgorsze jest w tym wszystkim to, że Vivian ma dopiero 13 lat, a każdy chłopak na kolonii ślinił się na jej widok...

  Poza zakupami, aquaparkiem, spacerowaniem robiliśmy jeszcze wiele innych rzeczy. Śpiewaliśmy. oglądaliśmy filmy, dyżurowaliśmy podczas sprzątania stołówki, układaliśmy modlitwy... Aha, a'propos modlitw - uświadomiłem sobie, że jesteśmy niezłymi wazeliniarzami, bo kto normalny układa modlitwę wiernych w stylu: "Módlmy się za kapłanów, a w szczególności za naszego czcigodnego księdza, dzięki którego dobroci i wielkoduszności możemy spotykać się tutaj i czerpać z jego mądrości..."

  Nie uwierzycie, ale WCALE nie czułem się wypoczęty po tych rekolekcjach. Co prawda czułem - jak to się mówi - odnowę duchową, ale moje ciało myślało tylko o własnym łóżku. Gdyby nie to, że poznałem masę wspaniałych ludzi - skazałbym ten wyjazd na porażkę. Ale aktualnie - z perspektywy czasu - oceniam go BARDZO dobrze. W pewnym momencie aż zrobiło mi się przykro na myśl, że teraz zapewne będę widywał tych ludzi raz na ruski rok, ale zaraz przypomniałem sobie, że nienawidzę ludzi i szybko mi przeszło. Gratuluję osobą, które dotrwały do końca tego posta (albo tym, które czytają tylko pierwszy i ostatni akapit).