22 października 2016

Krótka historia o tym dlaczego nie wolno ścinać zakrętów.

  Wiecie co? Jeśli wybieracie się na wycieczkę autem w jakąś dalszą trasę, to KONIECZNIE sprawdźcie prognozę pogody. Wiem, że jeśli jest się dobrym kierowcą, to da się jeździć w każdych warunkach, ale ku przestrodze - poznajcie opowieść o tym jak zakończyła się moja podróż na katolicki Wieczór Uwielbienia.

  Jakoś w styczniu tego roku, wraz z dwiema koleżankami - Margaret i Mary - postanowiliśmy wziąć udział w Przeglądzie Kolęd i Pastorałek w pobliskim kościele. Udało nam się, daliśmy całkiem niezły pokaz naszych umiejętności (chyba nie możemy powiedzieć, że daliśmy czadu, bo to za dużo). Wiele osób jeszcze długo wspominało nasz występ. Od tamtego czasu zaczęliśmy się regularnie spotykać i ćwiczyć nasze granie. Proboszcz dogadał się ze znajomą, która ma zespół muzyczny, i postanowiła "wziąć nas pod swoje skrzydła".

  Minęło prawie dziewięć miesięcy. Obecnie w naszym zespole jest 5 osób: Mary, która nami dowodzi, Margaret - gitarzystka, Wera ze swoim altem i Ellie, której cudownie wychodzą drugie głosy. No i oczywiście ja za klawiaturą keyboardu z Lidla. Ale dzisiaj nie o tym. Jakiś czas temu pojawił się pomysł, abyśmy pojechali do Katowic posłuchać naszej nauczycielki "w akcji". Jako zespół stwierdziliśmy, że to doskonała okazja do integracji i ciekawa alternatywa na piątkowy wieczór. Wycieczka zapowiadała się znakomicie!


  No i faktycznie - wszystko szło jak po maśle! Wyjechaliśmy około 16:30 - tak jak planowaliśmy. Nikt się nie ociągał, więc nie mieliśmy żadnych opóźnień. Jako, że jestem kierowcą amatorem - ustawiłem GPS tak, żeby omijał wszelkie autostrady, ekspresówki i inne tego typu drogi, z którymi nie mam styczności na co dzień. Jechaliśmy sobie spokojnie wsiami, lasami... Ogólnie mówiąc - największymi dziurami. Kilka pendrive'ów z muzyką było dobrym pomysłem. Droga była czystą przyjemnością!


  Udało nam się spokojnie i bez żadnych niespodzianek dotrzeć do Katowic. Niestety - przed nami było jeszcze pół miasta do przejechania. Mój GPS chyba nie zrozumiał, że ma omijać WSZYSTKIE autostrady, bo w pewnym momencie wylądowaliśmy na całkiem pokaźnej dwupasmówce. To było okropne. Jechałem po takiej drodze trzeci raz w życiu i naprawdę nie miałem pojęcia dlaczego ludzie cały czas migali na mnie światłami.


  Następnym razem będę omijał dwupasmówki szerokim łukiem, choćbym musiał jechać przez Gdańsk. Może gdyby chociaż moje auto wyciągało więcej niż dziewięćdziesiąt na godzinę, to jechało by się łatwiej. Szczęście w nieszczęściu, to przynajmniej fakt, że się nie zgubiliśmy. Po szaleńczym rajdzie drogą dwupasmową udało nam się dotrzeć na miejsce. I - o dziwo - nie było żadnych problemów z parkowaniem. Trochę się bałem, że szukanie miejsca zajmie nam bite trzydzieści minut, ale zatrzymaliśmy się od razu, bezpośrednio pod kościołem.


  Weszliśmy do kościoła i zajęliśmy miejsce w ławkach. "Wieczór uwielbienia" miał odbyć się zaraz po mszy, więc przez trzydzieści minut nerwowo się rozglądaliśmy za naszą panią od muzyki. Kościół był ogromny, więc było w nim dość zimno. Wtedy naprawdę żałowałem, że nie wziąłem rękawiczek. Powinienem chyba w jakieś zainwestować. Robiło się coraz zimniej, czas upływał, msza zbliżała się ku końcowi, a naszej nauczycielki nigdzie nie było ani widać, ani słychać.


  Na szczęście nie było tak źle. Nasza pani przyszła wraz z zespołem zaraz po zakończeniu mszy. Od razu zaczęli swoje muzykowanie. Podziwiam kobietę, która grała na klawiszach. Ja po dwudziestu minutach w tym kościele nie mogłem ruszać palcami, a ona naparzała w klawiaturę przez dobre czterdzieści minut. Przez cały ten czas ludzie na zmianę śpiewali i czytali różne rozważania - jak to na adoracjach zwykle bywa. Przy okazji - odbyło się tam indywidualne błogosławieństwo najświętszym sakramentem. Pewnie większość z was nawet nie wie co to, ale w każdym razie było fajnie.

  Kiedy wszystko się zakończyło - odśpiewaliśmy Apel i zaczęliśmy się zwijać. Oczywiście ociągaliśmy się, żeby niby przypadkiem zahaczyć o naszą panią. Udało nam się zamienić kilka zdań. I chyba nawet ucieszyła się, że nas widzi.


  W ogólnym rozrachunku bardzo nam się podobało. Proboszcz wysłał nas tam, żebyśmy zobaczyli jak wyglądają takie "Wieczory Uwielbienia", bo planuje wprowadzić coś takiego w naszej parafii. Po naszej ekspedycji możemy śmiało stwierdzić, że jest to jak najlepszy pomysł! Zwłaszcza dlatego, że nie będziemy musieli jechać czterdziestu pięciu kilometrów, żeby uczestniczyć w czymś takim. No właśnie. Została jeszcze droga powrotna. I tutaj zaczyna się najlepsza część tej historii...

  Zaplanowaliśmy, że po wszystkim skoczymy do jakiegoś Maka, albo na pizzę. Stwierdziliśmy jednak, że nie ma co szwędać się po Katowicach i że zjemy coś bliżej domu. Jednak powrót okazał się istnym koszmarem! Przyznam szczerze, że chyba nigdy nie naprzeklinałem się tak, jak tego wieczoru...


  Pomijając fakt, że GPS był nieudolny i informował o zakrętach za późno - pogoda była fatalna. Nie dość, że na początku padało, droga była śliska, to do tego zaczęła się robić mgła. Na tej całej autostradzie było jeszcze spoko - wszystko było tak oświetlone, że dało się jechać. Do tego było widać inne samochody, więc przez chwile było spoko. Gorzej było kiedy już wyjechaliśmy z Katowic. Na wsiach - pośród pól mgła była JESZCZE gorsza. W pewnym momencie musieliśmy jechać nie więcej niż trzydzieści na godzinę, bo po prostu NIE DAŁO SIĘ szybciej...


  BARDZO powoli dotoczyliśmy się do "naszych" terenów. Czasami nawet mgła opadała i moglismy jechać aż PIĘĆDZIESIĄT na godzinę! Niestety, w którymś momencie widoczność pogorszyła się ostatecznie. GPS kazał nam skręcić, ale nie widzieliśmy żadnego zakrętu. Przejechaliśmy obok niego i dostrzegliśmy, że jednak coś tam jest. Zawróciliśmy więc i próbowaliśmy trafić w uliczkę. Niestety - ze średnią skutecznością.


  Możecie mnie mieć za niedojdę, ofiarę losu czy ofermę, ale wierzcie mi - mówi się, że "mgła jest gęsta jak mleko". Nasza mgła była gęsta conajmniej jak skondensowane mleko w tubce. Musieliśmy wyjść z auta, i odczekać chwilę zanim zobaczyliśmy co się w ogóle stało. Na szczęście - rów w który wpadliśmy nie był zbyt głęboki. Poprosiłem Margaret, żeby usiadła za kółkiem i dała trochę gazu (jako jedyna potrafiła to zrobić, a była zbyt drobna, żeby pchać auto). Po jakimś czasie udało nam się wytaszczyć tego punciaka z dziury. Przypadkowi ludzie proponowali nam hol, ale na szczęście obeszło się bez tego. Nawet nie wiecie jakie to były emocje...


  W każdym razie - udało nam sie dojechać do domu bez kolejnych niespodzianek. Po drodze wstąpiliśmy na pizzę i poczekaliśmy aż opadną emocje. Chcieliśmy złożyć uroczystą przysięgę, że nigdy nikomu o tym nie powiemy, ale stwierdziliśmy, że to zbyt dobra historia, więc przez najbliższy miesiąc nie powiemy że przydażyło się to NAM, a później będziemy opowiadać o tym ze śmiechem.

  Mam nadzieję, że dziewczyny nie będą miały urazu do jeżdżenia ze mną, bo ogółem wycieczka nam się udała. Tylko że następnym razem, zanim wybierzemy się w kolejną trasę, to DOKŁADNIE sprawdzimy prognozę pogody!

13 sierpnia 2016

Harenda 2016 - Rekolekcje wakacyjne

  Rok szkolny trwa w najlepsze, ale stwierdziłem, że muszę napisać ten post. Wiem, że jeśli nie zrobię tego teraz, to prawdopodobnie nie zrobię tego już nigdy... (Niezliczona ilość postów przepadła właśnie w ten sposób). Pewnie słowo "rekolekcje" w tytule składnia was do myślenia, że będę tutaj opisywał moje relacje z Bogiem, msze, modlitwy i głębokie refleksje dotyczące istnienia wszechświata. Ale nie martwcie się, nie miałem czasu na wszystkie wyżej wymienione czynności.

  Zaczęło się od tego, że znajomy ksiądz napisał do mnie pytając, czy nie chcę pojechać z jego grupą na rekolekcje, żeby sporządzić wideorelację. Stwierdziłem: spoko! Lubię robić takie rzeczy, a przyda mi się każde doświadczenie zawodowe w branży grafik/filmowiec. Dowiedziałem się, że jedzie tam kilka osób, które już znałem z różnych kościelnych wydarzeń, więc co mi szkodzi?

  Po wielu dniach pakowania i przygotowywania (bo oczywiście nie pakowałem się na ostatnią chwilę) przyszedł dzień wyjazdu. Ucieszyło mnie, że zobaczyłem wielu znajomych ludzi, i że w ogólnym rozrachunku nie jadę totalnie sam. Jednak nie przewidziałem tego, że dopisywanie się na ostatnią chwilę może skończyć się nienajlepiej...


  No cóż, wszyscy mieli już przypisane pokoje, więc mnie trafił się jedyny, w którym było jeszcze wolne miejsce. Pokój z czternastolatkami nie do końca mnie satysfakcjonował, jednak cały czas byłem dobrej myśli. Moje pozytywne myślenie miało koniec w miejscu, w którym chłopcy zaczęli szczegółowo wypowiadać się na temat poszczególnych filmików Seksmasterki i sposobów w jakie chcieliby ją "rozdziewiczyć". Nie jestem pewien czy oni w ogóle wiedzą co to znaczy, ale wydaje mi się, że już za późno...

  Dobrą stroną tego wszystkiego - jak już wspomniałem - były osoby, które znałem już wcześniej. Przynajmniej miałem się do kogo odezwać. Między nimi była dziewczyna - przyjmijmy że nazywała się Kathryn - z którą bardzo dobrze nam się muzykowało. Czasami przychodziliśmy do swoich pokojów i śpiewaliśmy piosenki Sylwii Grzeszczak, kiedy ja montowałem filmy.


  Na początku całego wyjazdu zostaliśmy podzieleni na grupy i zostaliśmy przypisani do poszczególnych opiekunów. Ja miałem to szczęście, że znalazłem sięw grupie z Kathryn. Trafiła mi się świetna grupa z którą szybko zacząłem się dogadywać. Okazało się, że trzy osoby idą do tej samej szkoły co ja, więc już mieliśy jakiś punkt odniesienia do rozmowy.


  Co jakiś czas mieliśmy spotkania w grupach na które dostawaliśmy kartki z tematami do rozmów, ale i tak prawie zawsze kończyło się to na naszych bardziej prywatnych pogadankach. Można było lepiej się poznać. Może było to takie trochę sztuczne, ale przynajmniej wiedziałem z kim mam do czynienia. Relacje w naszej grupie były bardzo dobre, w pewnym momencie niemalże rodzinne.


  Prawie codziennie mieliśmy jakieś wypady, lub dłuższe wyjścia. Kilka razy byliśmy w górach pospacerować po jakichś prostych szlakach (w końcu większość ludzi tam była w podstawówce/gimnazjum). Usłyszałem wtedy wiele razy historię o tym, jak w zeszłym roku Kathryn wybrała się na spacer do gór w kozakach. Tym razem nie popełniła tego samego błędu, ale nie wiem czy wyszło jej to na lepsze czy na gorsze...


  Bardzo dziwne w tym wszystkim było to, że SPODOBAŁO mi się chodzenie po górach. Całe życie miałem jakieś astmatyczno-alergiczne problemy, przez które wchodzenie na małą górkę było nie lada wyczynem, ale tutaj jakoś dawałem radę! Tak jakby - udało mi się przełamać jedną ze swoich słabości, i chyba w czasie tego wyjazdu byłem z tego najbardziej dumny.

  A'propos przełamywania słabości - moim kolejnym awersem życiowym było jedzenie. Chyba nigdy nie pisałem tutaj o moich zaburzeniach odżywiania, ale przez całe życie miałem problemy z jedzeniem normalnego żarcia. Mniej więcej chodzi o to, że jadłem może trzy - cztery rzeczy na krzyż, bo cokolwiek innego wziąłem do ust - natychmiast miałem odruchy wymiotne. (Do tej pory pamiętam wymiotowanie ziemniakami na kolonii w 2014.) No i od jakiegoś czasu starałem się powoli coraz bardziej wzbogacać mój jadłospis. I kiedy pewnego dnia jedliśmy sobie obiad (a może kolację?) zauważyłem że jeden z chłopaków przy naszym stoliku dosłownie NIC nie je. Porozmawiałem z nim, i doszliśmy do wniosku, że on ma to samo co ja jakiś czas temu. Jako że byłem od niego cztery lat starszy - czułem jakiś moralny obowiązek wspierania go.


  Nie mogę zapomnieć! Jest jeszcze jedna rzecz, która diametralnie się zmieniła w czasie tego wyjazdu. Otóż - jak sięgam pamięcią - zawsze byłem paskudny, gruby i bałem się wyjść na basen, nad rzekę, i ogólnie wszędzie, gdzie ludzie musieliby patrzeć na mnie w samych kąpielówkach. Ostatni raz na basenie byłem w styczniu 2014 (tak, to było postanowienie noworoczne). I co prawda od tego czasu udało mi się doprowadzić do stanu w którym jestem paskudny, ale już tylko trochę gruby, co nie zmienia faktu, że lekki cykor przed basenami mi został. Do czasu, kiedy na kolonii musieliśmy iść do Aquaparku. Nie mogłem zgłosić żadnej niedyspozycji ani nic (tak jak to zrobiła większość dziewczyn). Na szczęście poznałem (przyjmijmy że) Danny'ego, który miał podobne pojęcie rozrywki do mojego (to wcale nie tak, że w aquaparku nie miałem okularów i jego jaskrawopomarańczowe kąpielówki były jedyną rzeczą jaką widziałem). I tak mniej więcej Kuba pokonał kompleks swojej grubości.


  Pośród przezwyciężania lęków znalazła się jeszcze jedna ku temu okazja. Mowa tu o moim lęku wysokości. Gdzie nadarzy się lepsza okazja do przezwyciężenia go, jeśli nie w górach? Któregoś dnia udaliśmy się na wyciąg, bo wszyscy byli zmęczeni po kilku dniach łażenia po górach. Ale chyba już wykorzystałem swój limit pokonanych słabości na te wakacje, bo jazda wyciągiem - pomimo pięknych widoków - była dla mnie bardzo stresująca.


  Z ciekawszych wydarzeń na kolonii były "Pogodne wieczorki" (czy jak to się tam nazywało...) Polegały one na tym, że wszyscy spotykaliśmy się w takiej szopce obok naszego pensjonatu i "integrowaliśmy" się. Pewnie wszyscy wiecie jak wygląda integracja na koloniach, więc nie będę tłumaczył co tam się działo. Ale muszę przyznać, że momentami było naprawdę śmiesznie. Jedną z ciekawszych zabaw były "Zamki i księżniczki". (Głupia zabawa implikująca płeć z określoną rolą, Kuba dżenderysta tiggered.)


  No cóż, jak widzicie - działo się bardzo dużo, cały czas w akcji. Niby fajnie, ale co za tym idzie - było dużo do nagrywania i montowania. A pokój z czterema czternastoletnimi chłopcami wcale nie był idealnym miejscem do pracy. Pominąwszy fakt, że ciągle chcieli pożyczać mojego laptopa (i tak go pożyczali, zwłaszcza kiedy nie było mnie w pokoju) to cały czas coś ode mnie chcieli.

  Najlepsze było, jak poszliśmy na zakupy. Oni kupili sobie po kilka paczek chipsów, a ja zrobiłem zakupy jak na tygodniowy survival. No i już następnego dnia zostałem pozbawiony większości moich zapasów, bo młodzi zrobili się normalnie głodni, ale nie pomyśleli o zapasach... Zjedli mi całe wapno, żelki i wypili połowę soków... W pewnym momencie przechodziłem przez nich załamanie nerwowe, ale na szczęście szybko mi przeszło.


  Na szczęście prócz rozbrykanej dzieciarni były tam również rozgarnięte osoby. Mam na myśli Vivian (bo załóżmy że tak się nazywała). Znałem ją od BARDZO dawna, bo od kwietnia 2013 roku. Była ona uczennicą w szkole Borsuka (Możecie przeczytać o tym TUTAJ) i kiedyś spotkałem ją na jednym z naszych kościelnych spotkań, ona skojarzyła, że już się znamy i czasami zamienialiśmy ze sobą kilka zdań. No i kiedy pojechaliśmy na tę kolonię, to jakoś tak pogłębiliśmy swoją znajomość. Do tego stopnia, że już układamy sobie wspólne życie.


  Szkopół w tym, że prawdopodobnie nigdy nie pojadę do Paryża, bo jestem zbyt biedny, więc tym bardziej nie stać mnie na wyjazd dla dwóch osób, ale pomarzyć zawsze można. W każdym razie - Vivian była kolejną osobą dzięki której nie czułem się jak outsider na tej kolonii. Jako jej "BFF od prawie czterech lat" czułem się zobowiązany bronić jej przed niestosownymi odzywkami chłopców z mojego pokoju, którzy - jak mówili - potraktowaliby ją jako swoją prywatną Seksmasterkę... (Tak naprawdę mówili inne rzeczy, ale nie zamierzam przytaczać tutaj tak wielu niestosownych słów na literę "P", "J" i "D"). Najgorsze jest w tym wszystkim to, że Vivian ma dopiero 13 lat, a każdy chłopak na kolonii ślinił się na jej widok...

  Poza zakupami, aquaparkiem, spacerowaniem robiliśmy jeszcze wiele innych rzeczy. Śpiewaliśmy. oglądaliśmy filmy, dyżurowaliśmy podczas sprzątania stołówki, układaliśmy modlitwy... Aha, a'propos modlitw - uświadomiłem sobie, że jesteśmy niezłymi wazeliniarzami, bo kto normalny układa modlitwę wiernych w stylu: "Módlmy się za kapłanów, a w szczególności za naszego czcigodnego księdza, dzięki którego dobroci i wielkoduszności możemy spotykać się tutaj i czerpać z jego mądrości..."

  Nie uwierzycie, ale WCALE nie czułem się wypoczęty po tych rekolekcjach. Co prawda czułem - jak to się mówi - odnowę duchową, ale moje ciało myślało tylko o własnym łóżku. Gdyby nie to, że poznałem masę wspaniałych ludzi - skazałbym ten wyjazd na porażkę. Ale aktualnie - z perspektywy czasu - oceniam go BARDZO dobrze. W pewnym momencie aż zrobiło mi się przykro na myśl, że teraz zapewne będę widywał tych ludzi raz na ruski rok, ale zaraz przypomniałem sobie, że nienawidzę ludzi i szybko mi przeszło. Gratuluję osobą, które dotrwały do końca tego posta (albo tym, które czytają tylko pierwszy i ostatni akapit).

3 sierpnia 2016

Co mówią ludzie na ŚDM?

  Pomimo, że ostatnio wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że umarłem - jest to nieprawda. Żyję sobie i mam się całkiem dobrze. No, powiedzmy, prócz tego że prawdopodobnie potrzebuję przeszczepu nóg, a na moich dłoniach jest ebola, HIV, kiła, rzeżączka, malaria i kilka innych chorób, to jest całkiem spoko.

  Ale zacznijmy od początku - Ja i Katie postanowiliśmy jechać na ŚDM jako reprezentacja naszej parafii. Jechał z nami również Max (kolega z klasy Kattie) oraz nasz wspólny znajomy - przyjmijmy że Peter. Jako że byliśmy w podobnym przedziale wiekowym - utworzyliśmy oddzielną grupkę (oczywiście jak to my - nie mogliśmy integrować się z innymi ludźmi). Już od początku uznaliśmy że będzie to ciekawy i zabawny wyjazd.


  Po uświadomieniu sobie, że droga jednak zajmie nam pięć tysięcy zdrowasiek - zaczęliśmy się nieco obawiać tego wyjazdu. Od początku mieliśmy nadzieję, że będziemy spać u ludzi w domach, bądź w hotelach - w końcu nasz pakiet gwarantował zakwaterowanie. Jakże wielkie było nasze zdziwienie kiedy dotarliśmy na wielkie pole namiotowe...


  Po """zakwaterowaniu się""" (potrójny cudzysłów jest zamierzony) otrzymaliśmy Pakiet Pielgrzyma, czyli plecak z ŚDM, pelerynę z ŚDM, szalik z ŚDM, bransoletkę z ŚDM i bandamkę z ŚDM. Mieliśmy do wyboru wersję żółtą, niebieską, bądź czerwoną. Oczywiście każdy chciał czerwoną, ale ksiądz, który robił wszystko na przekór wybrał nam pakiet niebieski... Kiedy wyszliśmy na miasto w kierunku Błoni - uświadomiliśmy sobie, że niebieski pakiet był dużym błędem...


  Pominąwszy fakt, że złapała nas ulewa (nasze bagaże całe przemokły, bo w "namiotach" nie było "podłogi", tylko goła ziemia) to musieliśmy jeszcze znaleźć zajęcie na jakieś 3 godziny, bo o tyle za wcześnie dotarliśmy na miejsce. Wraz z Katie i Maxem postanowiliśmy trochę połazić.


  Przy okazji zauważyliśmy, że ludzie ze wszystkich stron świata mają niezłą frajdę z... Przybijania piątek. Tak więc kiedy tylko mijała nas jakaś grupa pielgrzymów - wyciągaliśmy dłonie się się "klapaliśmy".


  W tym miejscu nastąpił jeden z nielicznych FAJNYCH momentów na tym wyjeździe, a mianowicie widziałę Papę Francesco z odległości jakichś dziesięciu metrów, kiedy przejeżdżał autem. Niestety patrzył w drugą stronę, więc nie mogę pochwalić się nawet ładnym zdjęciem... Ale i tak było to niezwykłe przeżycie!

  Później odbyła się droga krzyżowa, którą możecie obejrzeć sobie na YouTube... Skończyła się około 20:00, ale w namiotach byliśmy około 2:00. Nie pytajcie dlaczego, po prostu okazało się że "transport w pakiecie" obejmował tylko tramwaje z centrum Krakowa, więc musieliśmy iść na nogach na nasze pole namiotowe.

  Pominąwszy fakt, że na rynku prawie zostałem stratowany...


  ...to jeszcze w drodze powrotnej spotkaliśmy pielgrzymów, którzy zabłądzili. Okazali się bardzo fajni, więc pomogliśmy im nieść bagaże. Nie ukrywam że dodatkowe 5 kg nie było szczytem moich marzeń. Kiedy tak rozmawialiśmy z nimi - nie mogliśmy się powstrzymać przed zepsuciem im humoru...


  To mogło się wydawać śmieszne, ale kiedy przez pół godziny błąkaliśmy się po polu namiotowym w poszukiwaniu prysznica bardzo rozczarowaliśmy się zbiorowym natryskiem oddzielonym drewnianymi płytami... Aha, i okazało się że nie ma tam faktycznie ciepłej wody...


  Nie wiedzieć dlaczego - cały kampus zwracał uwagę na nas kiedy się myliśmy. No cóż, niektórzy ludzie są specyficzni...


  Kiedy przyszedł czas na sen - ledwie się zorientowaliśmy jak przyszła trzecia nad ranem, więc spaliśmy cztery godziny, bo już o siódmej mieliśmy śniadanie i busa do Krakowa. Co z tego, że spotkanie z papieżem zaczynało się dopiero o 18:00? Ach, tak, przecież musieliśmy przejść jeszcze 10 kilometrów pieszo ze WSZYSTKIMI tobołami jakie mieliśmy ze sobą...


  Kiedy rozłożyliśmy się na kampusie Misericordiae i uświadomiliśmy sobie, że spędzimy tam najbliższe 24 godziny zaczęliśmy popadać w rozpacz. Spanie pod gołym niebem jest spoko, ale nie mając jedyne 2 metry kwadratowe miejsca, które i tak musieliśmy dzielić z jakimiś indo-turkami...


  Po jakimś czasie postanowiliśmy poszukać "plecaczka z wyżywieniem". Legenda głosiła, że istnieje i wygląda jak worek na WF. Pytaliśmy wielu osób, ale jednak każdy znał inną wersję tej legendy...


  Kiedy przeszliśmy już ładny kawał drogi (w międzyczasie odmówilibyśmy ze dwieście zdrowasiek) znaleźliśmy wielki karton z legendarnymi workami. Nie myśląc długo - zabraliśmy dwadzieścia takich, nie zważając na to czy komuś się to podoba czy nie. I tutaj - w czasie przeglądania ich zawartości - narodził się kolejny legendarny tekst, który niemalże co druga osoba wykrzykiwała na całe gardło...


  Kiedy skończyła się ta noc (a skończyła się szybko) przyszedł czas na poranną toaletę... Warunki pozwoliły mi na umycie zębów wodą gazowaną, a jak stanąłem w kolejce do ToiToia o 9:30, to dopiero o 10:00 załatwiałem swoje potrzeby...

  Później nastąpiła msza prowadzona przez papieża, którą również możecie obejrzeć sobie na YouTube. Ogólnie, to nie było to nic specjalnego, oczywiście duże poruszenie wywołało ogłoszenie następnych ŚDM w Panamie...


 No, i kiedy już zaczęliśmy opuszczać Kampus Misericordiae (a zajęło nam to około dwóch godzin) mieliśmy najczarniejsze myśli spowodowane emocjami... Jedyne o czym myśleliśmy, to prysznic i łóżko...


  Kiedy dzwoniłem do rodziców - od razu dałem im do zrozumienia że mają po mnie przyjechać. Po takiej drodze pokonanej pieszo nie byłem w stanie dojść spod przystanku pod dom... Kiedy tylko dotarłem, zamknąłem się w łazience i po raz pierwszy w życiu tak bardzo doceniłem bieżącą wodę...

...:::SPROSTOWANIE:::...

  Mam nadzieję, że w dużej mierze potraktowaliście ten post jako humorystyczny i ironiczny ;) Oczywiście Światowe Dni Młodzieży były świetnym przeżyciem, i jak tylko ochłonę z emocji, to zostaną same dobre wspomnienia! A jak wy? Byliście? Jaki mieliście pakiet? Podobało wam się? Mam nadzieję, że wasza przygoda z ŚDM miała lepszą organizację niż moja :P