2014-05-01

Kwiecień - Maj 2014

 Pragnę powitać wszystkich tego spokojnego majowego dnia. Jak można zauważyć - ostatnio dopadł mnie straszny leń i natłok obowiązków. Między innymi dla tego nie miałem czasu na pisanie niczego. Jeżeli już znalazłem czas na komputer - poświęciłem go na doskonalenie moich "zdolności" artystycznych, czego efekty można oglądać 
<= o, tu po lewej
 Czasami lubię przetrawić jakiś obrazek na wektory. Nie pytajcie, co mnie nakłoniło na tę tematykę (Bloom z Winx? Serio?). Czasami po prostu najgłupsza rzecz może być najlepszą inspiracją.


 Co się działo w Kwietniu? Wiele osób za pewne pomyśli, że jako trzecioklasista spędziłem ten czas na zakuwaniu do egzaminów gimnazjalnych. Nic bardziej mylnego! Kwiecień zleciał mi o wiele przyjemniej. Zacznijmy od tego, że w naszej parafii zaczęło działać kółko młodzieżowe. Spotykamy się co tydzień na salkach, i gadamy na różne tematy. Niekiedy panuje tam naprawdę luźna atmosfera.




 Zdarza się nawet, że wyjeżdżamy na wycieczki. Jedna z nich odbyła się do Bielska Białej na film Noe - wybrany przez Boga. Gdybym miał wystawić recenzję, to oceniłbym ten film 9/10, ale osoby spodziewające się adaptacji Biblii, mogą sobie od razu odpuścić.

(chodziło mniej więcej o coś takiego> KLIK)

 Prócz kina zdarzają się też inne wycieczki. Na przykład do BB na złożenie darów ofiarnych w Katedrze. NIGDY więcej nie pojadę na mszę, na której jest ponad 500 ludzi.

 Inna wycieczka - odwiedzanie grobów w wielki piątek. Cała noc spędzona w Vanie, i prostowanie nóg tylko, na czas zwiedzania kościoła <3 i ta senność...

 Z innej beczki. Egzamin gimnazjalny. Bardzo ważny temat w życiu każdego gimnazjalisty. Co z nim? Cóż... poza tym, że trochę pamiętałem z poprzednich klas, i chodziłem na kółka po lekcjach - zupełny brak przygotowania. Dzień pierwszy egzaminu - Kuba wraca do domu, i co robi?

Jasne, że się nie uczy! Siedzi, i rysuje w SAI' u swoje bohomazy. Stwierdziłem, że egzaminy, wycieczki, zadania domowe, i inne czynniki, to i tak ZBYT duży stres dla mnie. Geniusz naszych nauczycieli nie pozwolił na powtarzanie z nami materiału miesiąc przed egzaminem, ale sprawdziany i zadania domowe MIAŁ kto robić.

 Okej. A teraz coś o moim egzaminie:
Dzień pierwszy - Historia poszła mi tragicznie. Prawie wszystko strzelałem. Za DUŻO faktów o królach...

 Język polski poszedł mi O WIELE lepiej. Dzięki Bogu było mało gramatyki. Temat rozprawki był jednak do bani. Powtórzę: Ciekawość: Utrudnia, czy ułatwia życie? (Argumenty z literatury). Myślałem, że wyorbituję, przy wymyślaniu argumentów. Obrałem stanowisko: UTRUDNIA życie. Z argumentowałem to Ewą z Biblii, Tomem z Kronik Wardstone, i Gregiem Heffleyem z Dziennika Cwaniaczka.

 Dzień drugi: Podobnie jak pierwszy. Egzamin wcześniejszy poszedł mi okropnie. Biologia, Chemia, Geografia i Fizyka, to nie są moje zbyt mocne strony. Na szczęście Matematyka <3 była tak łatwa... Praktycznie wszystko napisałem bez strzelania.

 Dzień III. Angielski był tak łatwy, że niektórzy myśleli, że to żart. Oczywiście pomijam tu rozszerzony, bo w niego się "nie angażowałem". 

 Po egzaminach nie było wcale tak ciekawie. W poniedziałek dostałem jakiejś reakcji odstresowania, i musiałem iść do pielęgniarki...

Wcale mnie to nie zdziwiło, bo jej NIGDY nie ma. Codziennie tylko zmienia datę na karteczce o treści:


 No, i tak mnie zmuliło na Religii, że musieli mnie odesłać do dyrektorki...


 Wszystko skończyło się na tym, że wychowawca odwiózł mnie do domu, gdzie czekał tata, który NIE MÓGŁ odebrać telefonu, gdy dzwoniłem.

 Resztę dnia przeleżałem w łóżku, aczkolwiek rodzice sprawili, że moje życie straciło SENS I PRZESŁANIE!

 Powiem wam coś. Jeżeli ktoś z was wątpi w istnienie wampirów, to niech idzie zrobić sobie MORFOLOGIĘ. Brr...

 Uczucie jechania do pobieralni krwi było okropne. Jechałem z tatą, który panikował bardziej, niż ja...


 To nie jest to, że jestem dziecinny, i boję się igły. Po prostu w dzieciństwie - na moim pierwszym pobieraniu krwi - byłem tak wystraszony, że zupełnie nie płynęła mi krew, i babka musiała mnie kłuć 21 RAZY!!! Tak to więc dlatego mam kompleksy co do igieł. Dodatkowo mój strach podsycał dziadek.

I wiecie co? Ja BARDZO DŁUGO w to wierzyłem. Właśnie dlatego teraz reaguję TAK, a nie INACZEJ na osoby, które mają pośredni przez igłę kontakt z moimi wnętrznościami.


 Wszystko skończyło się na tym, że przez moją fobię pobrała tylko kilka kropli krwi, a ja skończyłem z rozciętym palcem, i dwoma nakłuciami w ręce... Tak więc badania spaliły na padewce.

 Następny dzień prawie cały spędziłem w domu. Kolejny (tj. środa) poczułem się znacznie lepiej, i stwierdziłem, że potrzebuję świeżego powietrza dla rozluźnienia. Pojechałem na rower.

 Pamiętacie może to zdjęcie? --> KLIK!
 (Było w tym poście: Sobota)

 No więc tak się złożyło, że akurat byłem w tym miejscu wczoraj. Troszkę się zmieniło...



Dla porównania:

 Ale nic nie przebije tego, co zrobiłem dzisiaj. Znalazłem gdzieś w necie przepis na nutellpucino. Mieszanka rozpuszczalnej, mleka, nutelli i kilku innych rzeczy. Postanowiłem, że spróbuję przyrządzić coś takiego. Nie trzeba było wiele, żebym coś spaścił.


 Tak. To nie jest oznaka normalności...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kilka wskazówek dla komentujących:

#1 Staraj się, aby twój komentarz był rozwinięty (przynajmniej jedno zdanie)
#2 Pisz co myślisz i nie bój się dyskusji!
#3 Zostaw swój adres, abym mógł cię odwiedzić ;)