2013-06-30

Przygoda z Borsukiem

  Pewnym ciekawym okresem w moim życiu był czas między drugą a trzecią klasą gimnazjum. W szkole podstawowej byłem "znany" z tego, że jako tako znałem się na grafice komputerowej. Wiedziała o tym moja nauczycielka angielskiego, której mama, dyrektorka pewnej szkoły, potrzebowała grafika do zrobienia kilku prezentacji na stulecie tejże szkoły. Spytała mnie, czy nie mogę im pomóc... I tak zaczęła się moja

...:::PRZYGODA Z BORSUKIEM::...



  No więc wszystko zaczęło się jakoś w lutym, może w marcu 2013, kiedy to poznałem wspomnianą kobietę. Właśnie wtedy ruszyły przygotowania do wiekopomnego "stulecia". Okazało się, że pracuje dla niej również Steve. Chłopak rok młodszy ode mnie z którym chodziłem do podstawówki. (Ta, jeśli wolontariat liczy się jako praca.)

  Po jakimś czasie zauważyliśmy, ża owa pani jest bardzo memiczna, więc szybko zaczęliśmy z niej żartować. Oczywiście nie w żaden zły sposób. To tak jak macie śmiesznego nauczyciela, który ciągle robi coś głupiego. Ciśniecie z niego bekę, ale jednocześnie go lubicie i (miejmy nadzieję) szanujecie.

  Powiedzmy sobie szczerze - ta Pani, o której dalej będę pisał "Borsuk" lub "Cesarzowa" (gdyż są to najbardziej przyzwoite pseudonimy jakie jej wymyśliliśmy, a odnoszą się do wyrazu jej twarzy) nie miała figury modelki. Stworzyliśmy nawet opowieść kosmogoniczną o tym, jak jej krople tłuszczu zamieniały się w planety.


  Któregoś piątkowego popołudnia zadzwoniła do nas i wysłała nam e-maile z instrukcjami co mamy dla niej przygotować. Poprosiła nas o trzy prezentacje na jakieś konkursy europejskie. I "przy okazji" o projekt kalendarza, który miał być prezentem dla jakiejś jej rodziny. Musieliśmy się sprężyć, bo zapowiedziała, że tego samego dnia wpadnie po gotowe projekty.

  Problem tkwił w tym, że jej ZUPEŁNIE NIC NIGDY NIE PASOWAŁO. Dodatkowo zauważyliśmy, że czasami wydaje z siebie dźwięki, które brzmią jak efekty dźwiękowe z parku Jurajskiego, więc swoje niezadowolenie okazywała dość ostentacyjnie:


  Nasza zwarta praca opierała się na  opracowywaniu informacji, gromadzeniu materiałów do prezentacji  i sporządzeniu "Słownika Starszej Pani". Minęło trochę czasu nim zorientowaliśmy się, że używa własnych określeń na niektóre rzeczy.


 Jedną z naszych "misji" było zrobienie prezentacji z okazji stulecia jej szkoły. Mieliśmy wybrać osiem najciekawszych wydarzeń, dodać do nich zdjęcia i opisać je. Znaleźliśmy jedno naprawdę ładne zdjęcie, ale niestety - nasza Cesarzowa miała na nim zamknięte oczy. Postanowiliśmy pobawić się w mistrzów Photoshopa i wkleić jej oczy z innego zdjęcia. Nie była zadowolona. Stwierdziła, że wygląda jak Yzma z "Nowych Szat Króla"...


  Przez jakiś czas zastanawialiśmy się jakim cudem nasze programy graficzne nie pokazują jeszcze komunikatu o zbyt dużym rozmiarze pliku podczas obrabiania jej zdjęć. Ale po jakimś czasie stwierdziliśmy, że dużo gorzej mają ludzie w drukarni, która będzie to drukować...


  Cesarzowa doszła do wniosku, że jednak potrzebujemy trochę więcej czasu na pracę. Tak więc następnego dnia - w sobotę - Steve przyszedł do mnie, żeby zrobić dla niej "kalendarz rodzinny"... (Niestety przyszedł o pół godziny za wcześnie i zastał mnie wychodzącego spod prysznica. UPS!)

  W końcu wzięliśmy się za "pracę". Mniej więcej dwie godziny spędziliśmy śmiejąc się z jej rodzinnych zdjęć. (Normalnie nie wyśmiewam się z ludzi, ale to była sytuacja wyjątkowa...) W sumie nie zależało nam na czasie, bo dla mnie grafika komputerowa to chleb powszedni, więc stwierdziliśmy, że spędzimy ten czas na robieniu bezużytecznych rzeczy, a ja skończę "kalendarz" wieczorem.


  Na następny dzień Borsuk przyjechał do nas odebrać swój kalendarz na pen-drivie. I przy okazji... Okazało się, że potrzebuje JESZCZE JEDNEJ prezentacji... To nie fair! Pierwotnie Steve miał pomagać jej przy scenariuszach do akademii, a ja przy ogarnianiu sprzętu... Niech że se znajdzie jeszcze jednego niewolnika wyspecjalizowanego w robieniu prezentacji...


  W kwestii kalendarza - oczywiście wszystko było źle, ale nie to było najgorsze. W ostatniej chwili zorientowaliśmy się, że jedno ze zdjęć wykorzystaliśmy dwa razy. Musieliśmy jakoś odwrócić jej uwagę, bo o mały włos spotkał by nas jej gniew, a co gorsza - ponowne wykonywanie super kalendarza...


  I tak po długiej, żmudnej pracy rozeszliśmy się, by na następny dzień ponownie się spotkać i pracować nad kolejną prezentacją. W sumie nie było to nic skomplikowanego, bo mieliśmy po prostu połączyć ze sobą dwie mniejsze prezentacje i jeden filmik. Gdy połączyliśmy obydwa pliki PAŁEREJDA (hehe) pozostało nam tylko wmontować w to wideo. Musieliśmy iść po nie do gościa, który mieszkał kilka domów dalej. Ale wydaje mi się, że nie wstrzeliliśmy się w odpowiedni moment...


  No, ale w końcu po wielu mękach - udało nam się skończyć ten wielki "prezentacjo-film". Pozostało już tylko nagrać go na płytę. Niestety - okazało się, że po "wmontowaniu" filmiku od tego gościa całość zajmowała dwa razy więcej miejsca, niż wynosi pojemność przeciętnej płyty... No, ale do cesarzowej to nie przemawiało.



  Około 22 stwierdziliśmy, że kończymy pracę i dostarczymy jej film na laptopie i niech sama sobie z tym radzi.

  Następnego dnia mieliśmy jechać do jej pieczary (czyt. szkoły w której jest dyrektorką). Pech chciał, że dokładnie wtedy miałem w swojej szkole próbę przed akademią. Miałem na niej PRZECZYTAĆ JEDEN WIERSZ, ale o 10:00 dostałem telefon, że muszę bezzwłocznie stawić się na owej próbie. Borsuk nie był zadowolony.


  O 13 miałem autobus, którym wróciłem do Borsukolandii. Steve umierał ze śmiechu przez to, co się tam działo. Tak jak pisałem wcześniej - Steve miał pierwotnie uczyć dzieci tańczyć. Kiedy tylko wróciłem do pieczary - powiedział, że musi mi coś pokazać.



  Serio, nauczycielki powinny przechodzić testy bycia na bieżąco z nowościami, z dziecinnimi trendami i innymi tego typu rzeczami, bo patrząc na ich podejście do dzieci - trochę się załamuję. A już nie wspomnę ich umiejętności obsługi sprzętu. Wydaje się, że przerasta je wszystko, co jest skomplikowane bardziej niż latarka...



  Okej, siedzieliśmy w tej pieczarze do 16:00. Skończyliśmy wszystkie prezentacje, wszystkie scenariusze, choreografie, muzykę, i powiedzieliśmy sobie, że "JUŻ NIGDY WIĘCEJ".

  TAK WIĘC NASTĘPNEGO DNIA O 7 RANO wstałem nieco wcześniej, żeby wziąć kąpiel i zapomnieć chociaż na chwilę o Cesarzowej. Jednak nagle zadzwonił mój telefon. Dzwonił Steve. Nigdy nie spodziewałbym się, że powie to, co powiedział...


  Szczerze mówiąc nie wiem o co chodziło, chyba znowu o nagrywanie na płyty, ale Steve uświadomił naszą Władczynię, że skoro ma plik na swoim komputerze, to nie musi mieć go na pen-drive, żeby go odtworzyć. Tutaj mniej więcej nasza Borsukowa Historia się skończyła. Mieliśmy przyjemność konfrontować się z nią jeszcze parę razy. Jej córka uczy angielskiego, więc postanowiła dawać nam korepetycje w ramach rekompensaty za całe to cierpienie.

  Później mieliśmy jeszcze jedną przygodę z naszą Cesarzową. Więc tak poza konkursem możecie przeczytać o niej TUTAJ.

2013-06-20

-8, -7 dzień Wakacji - Wtorek wraz ze Środą

Wtorek (jak już wiadomo) jest znienawidzonym przeze mnie dniem. Po pierwsze ze względy na ilość lekcji... I dzisiejszy upał. Masakra. A tak mi się hamsko nic nie chciało... normalnie spałem.

Dodatkowo Marlena zapisała mnie na jakieś czytanie wierszyka, na pożegnanie klas 3cich. Niby lubię czytać ale się pomylę.

***

Środa - też byłą nudna. Poza robieniem niczego z 14 osobami z klasy i jednej nudnej próbie nic się nie działo. Chociaż znalazłem taką ładną zawieszkę :3.

Na WFie siedzieliśmy na materacu, bo kto normalny ćwiczy na 30 stopniach..? no sory... Do tego Janka ma na mnie foha, bo dałem sylwkowi jej telefon i nie umi se odblokować >.<

Wieczorem robiłem z Sylwkiem prezentacje dla pewnej pani. Bo zapisała się na jakiś europejski konkurs, i na jutro miała oddać x3 a powiedziała dnia aktualnego x3

sorki, za posty na odwal się... krucho z czasem :<

2013-06-19

- 9 dzień wakacji: Poniedziałek

Uhuhu ^^ idzie lato ♥ Już liczę wakacyjne dni. Od poniedziałku począwszy. Było jedyne 17/30 osób w klasie. Troche za mało na lekcję...


Tak więc perspektywa siedzenia na polu nie była idealną...

Po 6 nudnych lekcjach (turet nakablował że pare osób się rerwało     -,- ) wróciłem do domu... Jeej :D Już czekała zimna woda~!


Masakra... zasnąłem w wodzie xd...

Do wieczora zjadłem bagietkę, i ponudziłem się właściwie nic nie robiąc...

2013-06-18

Niedziela i menele w kościele. Mam basen!

 Chrześcijanie mówią się że niedzielę należy święcić. Widać, że nie wszyscy chrześcijanie odbierają pojęcie "święcić" tak samo...


 Otóż dzisiaj w kościele siedziała pewna pani... Nigdy wcześniej jej nie widziałem w kościele. Niby nic dziwnego, ale usiadła w pierwszej ławce - zarezerwowanej dla ministrantów...




 Obok niej siedziało dziecko - prawdopodobnie jej syn. Po jakimś czasie zaczęła coś do niego szeptać i wskazała na koszyczek z jałmużną za prasę katolicką. Dziecko podeszło i ZACZĘŁO WYCIĄGAĆ KASĘ!!! A potem - jakby nigdy nic - to babsko powiedziało:




 I to dziecko wzięło tą kasę i najzwyczajniej na świecie wyszło z matką z kościoła... Nie Ogarniam takich ludzi... jeżeli potrzebują zasiłku, niech się gdzieś zgłoszą... 
//czy to nie było takie jakby świętokradztwo..?





 Późnym popołudniem zadzwonił do mnie Chris. Wybraliśmy się na rowery. Spotkałem po drodze kilka dziewczyn z klasy, i poczekałem z nimi na niego. Kiedy już dotarł - pożegnaliśmy się z koleżankami i pojechaliśmy na Hałdę. Pokazałem mu miejsce, gdzie prawie umarłem z Martiną...



 Chodzi o to, z tego lasu można zjechać dwiema drogami.


 Droga numer 1: Normalna dróżka o nachyleniu około 75 stopni. Z licznymi kamieniami i wybojami.


 Droga numer 2: "Śmierć ekstremalna" To zjazd o nachyleniu ok 45 stopni, ale z licznymi skoczniami, podjazdami, slalomami itp.


 Na szczęście wybraliśmy drogę numer 1, więc nasza szansa na śmierć spadła z 90% na 88,9%. Ale tak, czy siak gdy zjeżdża się z tej górki, to myśli się tylko o jednym...




 Dlatego zjeżdżanie z Hałdy nazywam umieraniem... Ale tym razem były dodatkowe elementy grozy, bo Chris walnął w coś na wyboju, a ja jechałem wprost na niego... na szczęście skończyło się tylko brudnymi ubraniami...





 Następnie pojeździliśmy trochę po kilku okolicznych miejscowościach. W pobliskim parku był jakiś festyn dla dzieci od trzeciego roku życia, więc postanowiliśmy się tam nie kręcić... Pojechaliśmy do jakiegoś sklepu, gdzie kupiliśmy Colę i BigMilka.




 Około 20:00 byłem już w domu, bo chcieliśmy na rodzicach wymusić rozłożenie basenu. Już czuję to lato..!

2013-06-16

Densimy w sobote :D

No to nie chce mi się wiele pisać :D (ale bd coś specjalnego ;D ) Więc tak: Wstałem rano i przygotowywałem się na GALĘ! Miałem z Agą jechać - patrzeć jak densi. Obiecałem jej już w październiku...


Oki... wstałem, umyłem się, i umówiliśmy się z Łokietkiem, że pojedziemy razem. Tak więc po 6423576892130 niedomówieniach pojechaliśmy tam - do OCK (Oświęcimskie Centrum Kultury) i połaziliśmy...



Botem było najlepsze... po ok. 20 formacjach, duetach etc. nadszedł na tej Gali czas dla..... AGI:

Po całym widowisku wyszliśmy na zewnątrz. Spotkałem laske, która była jakiś czas temu ze mną na 18nastce, ale mnie nie poznała :/



Około 18.00 wzięliśmy laski (Age i jej friendke Kaśke) do KFC. Jesus Christus! Ostatni raz dałem Adze nalać mi picia...


Potem coś poknuliśmy i po 3402635109 kolejnych niejasności ustaliliśmy że przyjedzie po nas tata Agi. W sumie nas odwiózł i tle ;D

Piąteq :D

Jeej :D albo mi się zdaje, albo idzie lato! OMG ! Słoneczkooo!!! Od rana jednak zabieganie z jakąś głupią paradą talentów, do której mnie babka od sztuk zgłosiła ;P chociaż nie było tak źle! Miałem niezłą rywalkę...


NW po co mnie tam wzięli do niej... chcieli mnie ośmieszyć... ale ok xd. Wrzucę 3 obrazki które dałem na wystawę:

1. Amelia
Wymyślona prze ze mnie - wojowniczka fenixa i ognia. W szkole tempa pałka, ale w czasie walki godna przeciwniczka. Walczy dwoma płonącymi wachlarzami. Okulary to tak na prawdę maska w kształcie skrzydeł, która daje jej moc - dzięki magicznemu rytuałowi ognia. (Inspirowane piosenką Kalima Kadara )

 2. Emily
Mojego autorsrwa - strażniczka deszczu, oceanu i umysłu. Najlepsza przyjaciółka Katie (poniżej) nie cierpi Amelii. W wodzie zmienia się w pół rybę. Do walki używa toporu i nie liczy się z wylewem krwi. Używa japońskich sztuk walki. Potrafi zawładnąć umysłem innych. Anorektyczka. (Inspirowane piosenką Narakuno Hana )

3. Katie
Czarownica władająca dniem, nocą i eliksirami. Posiada miotłę, Nieogarnięta na co dzień. Boi się tostera i lodówki. Jest ewidentnie szurnięta. BFF Emilii, i też nie znosi Amelii. Pewnego dnia znalazła na trawniku starą broszkę, która dała jej wielką moc. Pradawna królowa Dnia dała jej do wali miecz słońca i od tej pory walczy ze złą królową Nocy. (inspirowane piosenką Feels like Magic)

To tyle o mojej twórczości... (Ukłon do Guśki [Agi] bo z nią wymyślałem ich pierwsze przygody) Miałem o tej trójce narysować mangę, ale nie mogę się za to wziąć... :/ (wgl nw czy warto..)

Przez szkolny piątek prawie nawet lekcji nie było. Jedynie na matmie babka chciała żebyśmy coś rozwiązali, to zacząłem... "myśleć"


Sam nw co pieprzyłem. Około 16.00 chciałem wyjść na rower... Anieja była na GG to spytałem czy chce sie przejechać, ale twierdziła że jej brat złamał noge i nie może... (pewnie sama mu złamała, żeby nie iść)


Tak więc pojechałem forever alone. Chociaż... spotkałem ze 3 osoby, których nie znałem, a mi "cześć" powiedziały O.o. Z mojej szkoły.


Potem jakimś dziwnym trafem spotkałem Damiana, Marka jak gadali z Janką.  Stwierdziliśmy że gdzieś pojedziemy. Więc pierwszy, lepszy traf- do kaliny. (Jakna jest bardzo strachliwa)

No cuż... po zgarnięciu Kaliny, pojeździliśmy po lesie (nw skąd ona bierze trasy 80% błota...) I troche się przejechaliśmy... Pech chciał, że osadniki (pewne ciekawe miejsce) były zalane i 15 min. obczajaliśmy jak przejechać... (spóźniliśmy się 30 min).

P powrocie do domu okazało się moje szczęście... upiekłem troche frytek, i posoliłem. Po zjedzeniu zaczęło mnie swędzieć oko i chciałem przetreć...


2013-06-14

Czwartek:

Pisałem już że nie lubię matmy? Od niej rozpoczął się czwartek, aczkolwiek nie było tak źle... (dop z ćwiczeń).

To był jeden z nudnawych dni ostatnio. Chociaż działo się kilka rzeczy... I nie powiem że lubię TAKIE ciekawe rzeczy...


Wiecie jakie to full obleśne? >.< łeeeeeeeee!!! Mózg swędzi od patrzenia, że coś takiego się dzieje u nas w klasie...
Okej... nie mam nic do ludzi gustujących... w płci tej samej, ale nie trzeba tego okazywać tak...

Na j.pl. babka Szturmowiec wystawiała nam oceny, i rozumiem, że można kogoś cicho faworyzować, ale ona przegięła.



Ok...Ta osoba jest zdolna, ale bez przesady z przechwałkami -,-

Na następnych lekcjach nie było nic specjalnego. Ciekawiej było po szkole, bo mój sąsiad ma z tyłu ogrody takie wykopki na gnój, a widziałem go w ciekawej sytuacji...


2013-06-13

Środa

Okej... pobudka o 6:30 moim nowym budzikiem nie była miłą perspektywą... Zwłaszcza że młoda zajęła kibel.. Jakoś się dostałem. Musiałem się śpiechać, spakować głośniki, bo te na sali były do bani.

Hmm... jechałem na owo wspomniane już stulecie. Od 8:00 do 11:00 wyobraźcie sobie ustawiałem idealnie wyświetlacz, latając po całej sali, tak żeby wszędzie było widać. i nagle...

PRZYCHODZI JAKIŚ MOCHER I MI TO PRZESTAWIA, BO "MAM KRZYWO" jpd... wkurzył mnie... musiałem w 5 min ustawić z powrotem.

Gorzej było jak mochery układały se swój stoliczek. Jeden stanął dupą do wyświetlacza i wentylowało na niego gorące powietrze, aż mu sie dupa spociła i mi śmierdziało -,-

Po wszystkim wróciłem do domu i dowiedziałem się... czegoś co mnie zbulwersowało - czy to normalne że dwaj faceci (?) na lekcji się trzymają za rękę..?

Musiałem wrócić tam do szkoły, bo kabla zapomniałem. Kiedy wróciłem dowiedziałem się jeszcze troche rzeczy... bez komętarza...

Wtorek

Wtorek był strasznie zabiegany. Od rana szukałem jakichś prac na szóstkę ze sztuki. Znalazłem 3, ale ona mi powiedziała że mają być 4 :/ Ale 1dną znalazła u siebie :>

Potem powiedziała mi żebym się zapisał na jakąś paradę talentów. Zrobiłem to tylko dla punktów z zachowania... BOSH! ja nie umię rysować...

Po powrocie do domu mama zrobiła mi jakieś frytki z piekarnika, bo zaraz miałem wyjazd do pobliskiej szkoły. Pomagałem przy obchodach stulecia.

O 15:15 przyjechał po mnie znajomy który też tam pomaga i pojechaliśmy to tej pani dyrektor. Zdążyliśmy w idealnym momęcie. Akurat Sylwek (ten, co ze mną był, nie z mojej klasy) miał puścić muzyczke n_n'

Powiedziała mi kiedy mam jej jakie prezentacje puszczać, i jak rozłożyć stół z projektorem. Szybko się (w 4h) uwinęliśmy i skoczyliśmy do sekretariatu.

Jeszcze tylko omówiliśmy jakie piosenki i ta pani nas odwiozła (dyrektorka z córką) skoczyły do nas na chwile. Jutro miał być straszny dzień >.<

2013-06-12

Poniedziałek... hmm

Poniedziałek nie był ciekawy :/ jedyne co się działo, to w zasadzie nic. Baba od polaka zebrała zeszyty >.<

A ogółem normalny rozkład dnia:
Szkoła
Nauka
Bagietka
Nuda

Przepraszam ;,; na serio nie mam co napisać... jedyne co się... "działo" to że poprawiałem fize na 4 ale nie poprawiłem -,-

2013-06-10

Łikend - Pt-So-Nd

No to może zacznę od piątku.
Jak każdego ranka, chciałem wstać normalnie, lecz uniemożliwił mi to nowy budzik. On naprawdę dobrze budzi. Słysze go, otwieram oczy i jestem w połowie pokoju, żeby go wyłączyć.



Ale jest skuteczny ;D.

Po dojechaniu do szkoły zastanawialiśmy się, czy Bukowska rzeczywiście zbierze te ćwiczenia. Od rana jej nie było, i większość osób zdążyła spisać :/



So... potem zamiast matmy było zastępstwo (alleluja) i właściwie to tylko chemia po tym, bo nie było faceta od technicznych i babki od kulinarnych. Hehe... nie zmartwiło mnie to, ale ona uczy też geografi i miałem poprawić cośtam :/

SOBOTA

Na rano byłem umówiony do fryzjerki, przed osiemnastką kuzynki. Umówili mnie na 9:00 a mama obudziła mnie o 8:30 i kazała zapierniczać 4km + przebrać O.o eh... szczęście że mnie odwiozła...



Mogłem powiedzieć, że tylko grzywkę...


Więc jestem półłysy... Ale cuż... polska.
***
O godzinie 16:45 pojechałem do cuzynki Pauli - solenizantki do domu. Jeszcze się z siostrą ogarniały. Ciekawe przebrania miały...

Wziąłem się z nimi na tą sale gdzie miało być. Strasznie fajnie tam mają (podobno tam kiedyś była szkoła). Razem ze starszą kuzynką (w przebraniu Evelin Monroe) rozstawialiśmy żarcie.

Po 19 zaczęli się zchodzić goście, więc opisze w skrócie co się działo od 20:00 - 4 rano:

Około 20 wypiliśmy toast
Około 21 Poznawaliśmy się
Około 22 zaczęliśmy tańczyć
Około 23 Po kielichu
Około 24 BICIE PO DUPIE!!!

Ale ją jej chłopak zlał >.<
24:15 Olądaliśmy filmik urodzinowy... wzruszyłem się ;___;
1:00 tańce dalej
2:00 Pilnowanie Wymiotująco-śpiąco-śpiewająco-pijanej laski :/
3:00 Dosiadywanie do tego rana na zewnątrz
4:00 SPAAAAĆ!!!
5:00 W domu Q v W
NIEDZIELA
 Wstałem o 15:00, zjadłem coś i około 17 wyjechaliśmy do kościoła (po drodze zachaczając o dziadków, KFC i jakiś las) i jak wróciliśmy to znowu spałem :/

2013-06-07

Matematyka

Sory za straszny tytuł posta. Ale matematyka jest wszędzie. Wyobraźcie sobie że w ciągu 2 lat mieliście 2 braki zadania a babka wyjeżdża z takim tekstem:


I co ja za to że nie umiem wykorzystać twierdzeń pity gorasa na jakiejś kratce z punktami mam dostać 1? Chyba ją (nie obraże jej bo ona wie wszystko)

Dodatkowo lekcja ze starą babką od polskiego i dwa polskie potem nie były pocieszającą perspektywą. Właściwie potem były dwa WFy łączone, bo nie było babki od niemca, a 3cie klasy ćwiczyły poloneza na sali x3


Zamiast Religi była lekcja z jakąś babką, która chciała nam puścić film religijny, ale wszyscy patrzyli przez okno, na manifestacje pod gminą przeciw budowie drogi.


Piękny dzień: Babka od matmy ma humorki, i tyle starczy. Pod koniec lekcji poprawiałem 1 sprawdzian, żeby mieć 4 na koniec, ale.... uwaga... dostane 2 z poprawy... =,= 10 zadań otwartych... serio..?

Kurde, po szkole rodzice mnie wzięli na zakupy, kupić coś kuzynce na 18nastke. 

A potem do 22 zakuwanie matmy...